czwartek, 11 września 2014

Z kim najlepiej podróżować ?


Czy nie każdy marzy by móc podróżować z kimś o nietuzinkowej inteligencji, nadzwyczajnej wrażliwości i łagodnym charakterze ? Ja zdecydowanie, dlatego wybrałem się sam na wycieczkę rowerową. Wycieczkę,  znaną z literatury przedmiotu jako „podróż tam i z powrotem”. Tam czyli na Podlasie  i z powrotem do domu na Mokotowie czyli ponad 600 km w 6 dni.


Żadna to egzotyka ani wyczyn. Nie była to trasa w poprzez Afryki, nie był to wysiłek na miarę Ironmana. Niemniej jeszcze rok temu nie uwierzyłbym gdyby ktoś powiedział mi, że spędzę prawie tydzień samotnie pedałując po Polsce.


Nie będę męczył opisami poszczególnych odcinków trasy, informacjami o odległościach, prędkościach itp. bzdetach. Powiedzmy sobie szczerze jazda na rowerze przez 6 dni z rzędu po od 6 do 11  godzin składa się w równych częściach z nudy, bolesności tyłka i konkretnego zmęczenia. Nie jest to więc szczególnie ciekawe i nie ma co dorabiać do tego niepotrzebnej filozofii.


Być może poprzedni akapit pobrzmiewa niezbyt zachęcająco także tylko doprecyzuję, że była to równocześnie jedna z najlepszych rzeczy jaką mogłem sobie sprawić. Uwielbiam wolność i niezależność jaką daje tego rodzaju podróżowanie. Wiem natomiast, że z perspektywy większości osób, które gimnastykują się z wykorzystaniem rozsądnie urlopu takie pomysły to fanaberia i nie chcę jak nawiedzony pisać, że każdy musi zapieprzać sam jak palec walcząc o życie w nierównej walce o skrawek pasa drogi z kierowcami tirów (niestety takie krótkie ale jednak odcinki na trasie też pokonywałem; największe gnoje to kierowcy litewscy i białoruscy ciągnący ogromne i puste lory na samochody – nie dość, że nie omijają rowerzystów to ten cały ich majdan z tyłu ma tendencję do zarzucania nawet na prostej drodze)


Nie mam wielkich doświadczeń w tego typu wycieczkach ale sprawdził mi się prosty patent by zaplanować sobie 1-2 postoje z  wcześniej zarezerwowanymi miejscami do spania. Reszta pobytów to już część przygody. W czerwcu pokonałem z dwoma kolegami kawałek Warmii i nic nie planowaliśmy zawczasu (mieliśmy namioty itp.) ale podróżując samemu miałem trochę stracha przed taką pionierką. 


Zapieprzanie samemu na rowerze to jak każde monotonne doświadczenie (luzujące trochę wysiłek umysłowy) rodzaj medytacji. Mam teorię, że dzięki takiemu charakterowi rozrywki wszystko przeżywa się mocniej.  Piwo na koniec dnia smakuje lepiej niż kiedykolwiek.  Kolor wody w jeziorze,  intensywność barw tzw przyrody ożywionej – nie do zapomnienia. Ale zgubienie drogi po 10 h jazdy tudzież po wyłączeniu oświetlenie słonecznego spowodowało, że byłem  bliski tego by się  popłakać – ze zmęczenia i żalu nad własną głupotą.


Nie mam wybitnej kondycji ale też umówmy się, że regularnie (ok, właściwie codziennie ostatnio) trochę się ruszam.  Przy niezbyt obciążającym ale jednak długim wysiłku nie da się oszukać organizmu. Nauczyłem się, że jak tylko zapominam o regularnym nawodnieniu i węglowodanach  to pod koniec dnia może zrobić się niefajnie.  Jednego wieczora dopiero po spożyciu dwóch zup opanowałem coś co wyglądało na początek drgawek z wyziębienia tudzież przemęczenia.


Ale te wszystkie doświadczenia powodują też, że jakoś wraca się głową do normalnego świata gdzie lepiej czuje się swoje ciało i mniej człowiek przejmuje się tym wszystkim co generujemy sobie we własnej czaszce a co potrafi nas czasem nieźle zdołować.


Korzystałem (niestety) z map Google na telefonie. Ani to wygodne ani bezpieczne ale nie zdołałem kupić akurat tradycyjnej dobrej mapy we właściwej skali. Poza kilkoma momentami kiedy chciałem aby Sergiej i Larry sami przyjechali do mnie na rowerach  powiedzieli jaki jest sens wytyczać trasę w metrowym piachu obok asfaltu tudzież wyjaśnili moją wątpliwość co może znaczyć w podpisie drogi rowerowej „walking” były i chwile zabawne. Kiedy dojechałem nad Bug i zapytałem dwóch facetów naprawiających Żuka o przeprawę promową  zobaczyłem jak ich oczy natychmiast nabierają żywych kolorów. Domyślam się, że wspominali lata osiemdziesiąte, wspaniały czas kiedy ojcowie po zbiorach wybrali się na giełdę w Słomczynie i wrócili dużym fiatem. Oni zaś, młodzi i jurni tymże dużym fiatem wozili panny do remizy na tańce. Tak, piękne tam musiały być lata osiemdziesiąte. Wtedy też ostatnio widziano tam prom.


Im dłużej jeżdżę tym mocniej czuję, że mój kolejny rower będzie mniej skomplikowany. Mam kupionego na Allegro używanego grata marki Cube (Delhi) i niby jest to klasyczny rower trekkingowy ale jakoś bliżej mi coraz bardziej do idei złożenia pojazdu „pod siebie”. Niemniej sprzęt mnie nie zawiódł. Mam komplet narzędzi, zapasową dętkę itd. Narzędzia (a dokładnie klucz nasadkowy) przydały się w trakcie naprawy maszyny do przerzucania siana (pewnie ma jakąś swoją nazwę właściwą ale jej niestety nie znam). Z tą naprawą wiąże się też śmieszna historia. Moja rola była taka, że po pierwsze miałem klucz a po drugie przez słownie może dwie minuty trzymałem kawałek stalowej rurki, który tworzył dźwignię. Niemniej mój nowy zapoznany kolega rolnik strasznie chciał się odwdzięczyć i namówił mnie, że podwiezie mnie kilka kilometrów. Wgramoliłem się na stopień naczepy z sianem i  przyczepiłem rower łańcuchem anty-kradzieżowym. Oczywiście naczepa nie miała żadnej amortyzacji i niemiłosiernie się trzęsła także musiałem jedną ręką trzymać się kawałka blachy by się nie spierniczyć a drugą utrzymywałem stabilność mojego pojazdu. Efekt był taki, że rozciąłem sobie palce lewej ręki a cały byłem upieprzony w smarze. Ale opłacało się. Kiedy tego wieczora dotarłem do czegoś co w literaturze nazywa się miejsce wieczornego spoczynku, w zakrwawionej koszulce,  umazany na czarno, facet dający mi klucze powiedział cytuje „no, ja tego, też jeżdżę trochę na rowerze, ale wie pan, tak amatorsko, po okolicy…” Przybrałem wtedy wyraz twarzy częstego bywalcy zawodów organizowanych przez Red Bulla i odpowiedziałem śmiertelnie zmęczonym głosem: „tak, tak jest na pewno bezpieczniej.


Na dwóch kołach poruszanych własnymi mięśniami nie jedzie się jak powszechnie wiadomo za szybko. Daje to możliwość kontemplacji przyrody, która układa się w szalenie ciekawy wzór: łąka, pole, łąka, pole, las, łąka, pole, łąka, pole, rzeka most. Zmusza to także do czytania absolutnie wszystkiego co znajduje się przy drodze. Przez dłuższą chwilę (czyli kilkadziesiąt kilometrów) poważnie zastanawiałem się nad napisaniem w związku z tym tekstu o roboczym tytule „Terenowe badania nad stanem reklamy wizualnej”.  Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach pomysł ten stracił swój powab ale zrobiłem sobie prywatną listę zaobserwowanych wybitnych osiągnięć brandingowych. Długo nie mogłem zdecydować się komu dać złoty medal także przydzieliłem sprawiedliwie dwa. Znalazłem w Białymstoku prywatne przedszkole, którego obietnica marki wyzwala u jednych myśl o spełnieniu najskrytszych marzeń u drugich czyste przerażenie. Ale nie pozwala pozostać wobec takiego konceptu obojętnym. Przedszkole nosi dumną nazwę „EUROPRYMUSEK”. Mój drugi faworyt to firma sprzedająca maszyny rolnicze. Firma nazywa się niekontrowersyjnie: „UNIA”. Ale już ich "tag line" powoduje, że warszawskie agencje powinny wyłuskać lokalny talent, który za nim stoi. Otóż UNIA promuje się tak: „Szwedzka stal, polski pot”. Czy w naszym kraju tak unurzanym w historii może być coś wyzwalającego silniejsze emocje niż przywołanie Potopu ?  I tak jak wtedy spoceni pokonaliśmy szwedzką stal tak teraz sam przecież byłem świadkiem, że nie straszne są nam żadne maszyny !


Mam nadzieję, że kogoś choć odrobinę zainspirowałem do odkurzenia roweru i otwarcia się na drobne przygody, choćby te  na dystansie kilkunastu kilometrów od domu (na początek oczywiście!)

1 komentarze: