czwartek, 28 sierpnia 2014

O czym myślę kiedy jeżdżę na rowerze ?

Urodziłem się ponad 40 lat temu w dużym mieście wojewódzkim (to znaczy w Warszawie) w rodzinie (jak wtedy się mówiło) inteligenckiej o średnim statusie materialnym. To znaczy takim jak rodziny wszystkich moich ówczesnych przyjaciół. To oznaczało w kontekście mojej historii rowerowej jedno – moim pierwszym dwukołowym pojazdem posiadanym świadomie (poza sprzętami o charakterze wybitnie dziecięcymi)  - był dość udany eksperyment czasów PRL z koncepcją składanego roweru o nazwie handlowej „Wigry”.  Nie mam pojęcia jakie były tego powody ale do dziś pamiętam, że lepiej było mieć „Wigry” niż „Jubilata” choć na zdrowy rozum na Jubilacie musiało jeździć się lepiej – miał przecież większe koła (wciąż jednak był tzw „składakiem”).  Wspomniane „Wigry” mieli właściwie wszyscy i wszyscy też snuli marzenia o czymś na normalnej wielkości kołach (27”) czyli o „Pasacie” lub „Wagancie”.   Rowery szosowe widzieliśmy wtedy jedynie na Wyścigu Pokoju lub w rękach (pod nogami ?) szczęśliwców, których ojcowie zamiast odtwarzacza video przywieźli takowe zza granicy zarobione pracą poniżej kwalifikacji ale za walutę powyżej oficjalnego kursu wymiany. W gospodarce powszechnego niedoboru (nie wiedzącym w czym rzecz czytelnikom młodszym o 20 lat podrzucam wątek do ciekawej rozmowy z rodzicami) na rower się polowało, szczególnie ten lepszy. 


Mojego Pasata udało się rodzicom przypadkiem zdobyć w trakcie wakacji w Olsztynku.  Wraz z przyjaciółmi odbyliśmy wtedy kilka wycieczek po Warmii. Nie były to wycieczki przypadkowe – postanowiliśmy zawalczyć w konkursie „Wakacje na dwóch kółkach” organizowanym przez Henryka Sytnera (Program 3 PR). Teraz będzie dygresja, która zbliża temat mojego pisania do nowych technologii. Otóż wymyśliliśmy z kumplami, że odróżnimy się od konkurencji nową formą przekazu zgrywając informację o naszych rowerowych podróżach w postaci kodu na kasecie magnetofonowej pod ZX Spectrum. Okazało się, że wyprzedziliśmy w Polskim Radio epokę jako, że nikomu nie chciało się (lub nikt nie potrafił) odtworzyć naszego przekazu…Druga dygresja dotyczy tego, że rower przedłuża życie: otóż wspomniany Henryk Sytner wciąż organizuje te swoje konkursy a pracuje w radio od 1962r…


W kolejnych latach,  czyli przez czas liceum, rower służył mi jako niespecjalnie emocjonujące narzędzie transportu, głównie na trasie Służew nad Dolinką (gdzie wówczas mieszkałem) – Powsin (gdzie graliśmy w kosza) lub po prostu do tzw. kręcenia się z przyjaciółmi po osiedlu.


Nie pamiętam bym dotykał roweru odkąd stałem się dumnym studentem UW aż do momentu kiedy już w latach 90 dałem się uwieść panującej wtedy modzie i kupiłem rower górski. Był to toporny TREK. Jego główną funkcją było zbieranie kurzu w garażu. Ze dwa razy został rzeczywiście wykorzystany zgodnie z przeznaczeniem w Beskidzie Niskim. Wspominam z tych wycieczek głównie litość moich ówczesnych towarzyszy o niepomiernie wyższej wydolności sercowo – naczyniowej, którzy nie dopuścili bym w ich trakcie umarł.


Być może miłość do roweru ma charakter podobny do uczucia jakim czasem obdarzamy koleżankę, która nigdy nie uwiodła nas od razu swoją urodą, kształtami, błyskotliwością. Są osoby, z którymi czujemy się dobrze na przekór pierwszemu wrażeniu, wbrew okolicznościom. Wracamy do nich i powoli przekraczamy pierwsze bariery odkrywając zaskakujące podobieństwa lub/i idiosynkrazje.  Czasem potrzebujemy do tego odrobiny magii czyli niedorzecznego zdarzenia, przypadku, dziwnej okoliczności.


Błaha rozmowa z kolegą, który nie tylko nałogowo jeździ ale także składa, pieści i pewnie śni o rowerach (pozdrawiam cię Michale !) zaowocowała linkiem do szosowego roweru na Allegro. Linkiem, który zmienił moje życie. Stałem się nie tylko posiadaczem trochę oldskulowego ale w sumie ciekawego roweru (tytanowa rama, przyzwoity osprzęt Campagnolo) ale przede wszystkim zacząłem regularnie jeździć na rowerze. Chorowałem poważnie jako dziecko i od tamtej pory zazdroszczę innym zdrowia i wydolności.  Mam od zawsze nieszczególnie duże zapotrzebowanie na adrenalinę, nie lubię rywalizacji i jak się niedawno dowiedziałem (dzięki Marysia i Mateusz) mam też lekko „zryty beret”. Jednym słowem cyklo-sport jest dla mnie aktywnością wymarzoną.  Nie mam ambicji ani marzeń by startować w wyścigach, zmierzyć się w triatlonie, założyć koszulki z napisem „Iron Man”. Kocham natomiast jazdę na rowerze.


Od czasów zdarzenia wspomnianego powyżej upłynęło już kilka lat. Moja flota rowerowa powiększyła się i poza wspomnianą kolarką mam też (m.in.) rower do zadawania szyku na mieście (wystylizowane cacko z RFN z białym siodełkiem i białym mikro-barankiem ale najważniejsze, że zamiast łańcucha ma niebrudzący kevlarowy pasek zębaty) tudzież używanego CUBE (też z Allegro), z bagażnikiem o udźwigu 40 kg pod konkretnej wielkości sakwy.


Ale to wszystko w sumie nie ma żadnego znaczenia. Jeżdżę na rowerze prawie codziennie. Do kawiarni do której mam z domu 500m lub 120 km w ramach dłuższej wycieczki.  Spektakularnego orła wywinąłem jadąc na rowerze drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia (uznałem, że wyjście w trakcie Wigilii lub pierwszego dnia mogło by zakończyć moje małżeństwo). Nie przeszkadza mi szczególnie ani deszcz ani wiatr ani temperatury ponad 30st. Im dłużej mój tyłek cierpi na rowerowych siodełkach (umówmy się, czasem po prostu musi boleć) tym więcej rozumiem moją miłość. Nie mam kondycji ani talentu by pokonywać długie dystanse biegiem. Przebiegnę 10km w 1h i mam dosyć. Na dwóch kołach potrafię natomiast spędzić prawie cały dzień. Moja głowa czasem potrzebuje odpoczynku. A tego nie da się załatwić w 1h (por. powyżej, hasło „zryty beret”). Uwielbiam rower za każdorazową lekcję pokory. Jeśli umówię się na spotkanie w centrum to potrzebuję z mojego Mokotowa ok. 30 m by na nie dotrzeć. Mogę spróbować mocniej docisnąć ale przyjadę zlany potem a zaoszczędzę może minutę. Tutaj nie ma miejsca na wygłupy samochodem, przeciskania się pomiędzy innymi wariatami, jazdy 100km/h w mieście – wychodzisz za późno to się spóźnisz. Nie masz kondycji – jedziesz wolniej. Proste.


Ale najważniejsze źródło miłości jest gdzie indziej. Jadąc na rowerze widzisz świat. Każda osoba, która nie jeździ regularnie na rowerze, myśli teraz z niedowierzaniem lub zażenowaniem jak tak poważna osoba jak były prezes K2 może pisać takie banialuki. Ale nie wiem jak napisać to inaczej. Rower wymaga oczywiście elementarnego skupienia ale to skupienie jest bliskie temu co cię otacza. Wystarcza by widzieć to wszystko co ucieka nam kiedy przemieszczamy się w samochodzie lub jeszcze szybszym środkiem transportu. Przestałem zatykać uszy muzyką także nie tylko widzę ale słyszę i czuję lepiej, nie ważne czy towarzyszące moim rowerowym podróżom wrażenia są przyjemne czy też nie. Odczuwanie warunkuje w moim przypadku procesy myślowe dając im pożywkę, inspirację i przestrzeń. 

I dlatego rower jest aktualnie moim ulubionym rozwiązaniem technicznym (napisałbym chętnie „technologicznym” -  pasowało by mi do tego jak mocno wątpię czasem w wartość innych wynalazków tego typu)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz