poniedziałek, 3 listopada 2014

Sprężyłem się !

Krótka uwaga zamiast wstępu - aby uniknąć jakichkolwiek niedomówień - poniższy tekst jest WYŁĄCZNIE PRYWATNYM MAJACZENIEM I NIE MOŻE BYĆ W ŻADEN SPOSÓB ŁĄCZONY ZE STANOWISKIEM K2

Długo zastanawiałem się czy świat potrzebuje jeszcze jednej opinii o nowym logo dla Polski (http://logodlapolski.pl/en) . Otóż nie potrzebuje. I obiecałem sobie niczego w tej sprawie nie napisać. Aż do chwili kiedy przeczytałem co na ten temat sądzi Rafał Betlejewski. A napisał na FB tak (cytuje w całości bez żadnych zmian):

"Marek Bimer poprosił mnie, żebym wypowiedział się na temat logo dla Polski. No to proszę:
1. Uważam to logo za wyjątkowo pretensjonalne, gdyż nie związane z jakimkolwiek naturalnym ruchem polskiej kultury - jest to dla mnie kolejny sztuczny implany marketingowy, tym razem żenujący, gdyż podlany jakimś sosem pseudopatriotycznym, że niby "wielokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy jak sprężyna" - natomiast próby obrony tego logo, jakie podejmują szefowie firm reklamowych wydają mi się wyjątkowo komiczne i myślę, że świetnie nadają się do Pożaru Pożar W Burdelu.

2. Autorzy projektu lawirują - z jednej strony informując naiwnie, że przecież to nie zastąpi godła i jest tylko do użytku marketingowego, sprzedaży Polski za granicą, a z drugiej strony udawadniają, jak koncepcja sprężyny wyraża ducha Polski, powołują się na powstania i nazywają to "logo DLA Polski", nie logo dla handlu zagranicznego. Mój największy zarzut odnosi się jednak do tego, że autorzy nie zadali sobie trudu, by zdiagnozować i wyłonić jakikolwiek realny trend w Polskiej kulturze, do którego organicznie mogłoby się takie logo odnieść - jakby zupełnie abstrahując od tego narodu.

3. Sama sprężyna - jak to sprężyna - może wahnąć się w dowolną stronę, jest elementem technicznym, zimnym i mało inspirującym. Kawał żelaza. Nie widzę możliwości związania się emocjonalnie ze sprężyną. Co za tym idzie logo pozostaje abstrakcyjnym maziajem, który nie budzi skojarzeń. Kopirajtersko jest to na poziomie junior-copy writera - widziałem takich trików miliard - łał! bo spring to wiosna i sprężyna i odbić się! łał!

4. Dizajn wydaje mi się natomiast anachroniczny, jakby z lat dziewięćdziesiątych - dużo lepsze loga robimy teraz na co dzień dla klientów korporacyjnych, choćby dla Lion's Banku, Alior Banku, Play. Agnieszka Kruk na swoich Mazurach zrobiłaby dużo lepsze logo. Wpisanie sprężyny w kontur Polski jest tak nowatorskie jak wpisanie w ten kontur liter PZPR czterdzieści lat temu."

Cóż, nie potrafiłbym własnymi słowami wyrazić lepiej tego co czuję oglądając propozycje sprężynek i czytając tłumaczenia skąd się one wzięły płynące z ust zaangażowanych w projekt. Niemniej cytując Rafała (zastrzeżenie - powiedzieć, że go lubię i szanuję to mało !) nie potrafię pozbawić się dodatkowych refleksji.

Wydaje mi się, że rozumiem jaka jest geneza projektu. To prawda, że nie mamy obecnie jednorodnego pomysłu na to jak za pomocą GIFa "sprzedać" coś o naszym kochanym kraju. A mamy duże ambicje co powoduje, że każda rządowa agenda posługuje się własnym logo a jedyne co je łączy to kolor czerwony (chyba). W efekcie tracimy szansę by cokolwiek powiedzieć w spójny sposób,

Łatwo jest napisać kilka zdań krytyki nie biorąc pod uwagę ile energii, pieniędzy i dobrych intencji potrzebnych było by doprowadzić taką inicjatywę do etapu, w którym taka krytyka jest możliwa. Szanuję robotę jaką wykonuje SAR pod dowództwem Pawła Tyszkiewicza i wiem, że bez jego osobistego zaangażowania taki projekt nie miałby szans na realizację.

Niemniej pozwolę sobie napisać wprost – świetnie, że SAR czuje się współodpowiedzialny za to jak komunikuje się na zewnątrz nasz kraj. Ale źle, że SAR zaangażował się w tą inicjatywę. Jeśli nasze Państwo nie jest w stanie wytworzyć spójnego wizerunku to: a) być może potrafimy się obejść bez takowego lub b) zmieńmy to Państwo na takie, które będzie potrafiło. Ale nie w kolejnej histerycznej akcji ale tak od podstaw.

Nie to, że w czasie wolnym robię ankiety i przepytuję osoby z zagranicy czy i jak kojarzy im się nasz kraj. Ale rozmawiam z takimi osobami wystarczająco często by mieć świadomość, że nasz wizerunek poprawił się dramatycznie w ostatnich latach. Bez złotówki wydanej na komunikację. Wystarczy rosnące PKB, rozsądni politycy, więcej knajp z gwiazdką od Michelina i nowych dróg, czystszych wagonów PKP. A jeśli do tego dołożymy Gortata, który w amerykańskiej telewizji mówi o pierogach, Lewandowskiego,  Szczęsnego  którzy wiadomo co i jak robią, Beczałę, który śpiewa regularnie w Met to może nawet zaczniemy leczyć swoje narodowe kompleksy.

To wszystko jest dużo trudniejsze jednak niż namalowanie sobie sprężyny i oddanie się chocholim tańcom.

PS. Jestem ostatnią osobą, która powinna komentować to jak udała się egzekucja graficzna  tej całej sprężystej ideologii ale jak mamy budować wizerunek naszej branży skoro SAR firmuję taką chałę ?

czwartek, 11 września 2014

Z kim najlepiej podróżować ?


Czy nie każdy marzy by móc podróżować z kimś o nietuzinkowej inteligencji, nadzwyczajnej wrażliwości i łagodnym charakterze ? Ja zdecydowanie, dlatego wybrałem się sam na wycieczkę rowerową. Wycieczkę,  znaną z literatury przedmiotu jako „podróż tam i z powrotem”. Tam czyli na Podlasie  i z powrotem do domu na Mokotowie czyli ponad 600 km w 6 dni.


Żadna to egzotyka ani wyczyn. Nie była to trasa w poprzez Afryki, nie był to wysiłek na miarę Ironmana. Niemniej jeszcze rok temu nie uwierzyłbym gdyby ktoś powiedział mi, że spędzę prawie tydzień samotnie pedałując po Polsce.


Nie będę męczył opisami poszczególnych odcinków trasy, informacjami o odległościach, prędkościach itp. bzdetach. Powiedzmy sobie szczerze jazda na rowerze przez 6 dni z rzędu po od 6 do 11  godzin składa się w równych częściach z nudy, bolesności tyłka i konkretnego zmęczenia. Nie jest to więc szczególnie ciekawe i nie ma co dorabiać do tego niepotrzebnej filozofii.


Być może poprzedni akapit pobrzmiewa niezbyt zachęcająco także tylko doprecyzuję, że była to równocześnie jedna z najlepszych rzeczy jaką mogłem sobie sprawić. Uwielbiam wolność i niezależność jaką daje tego rodzaju podróżowanie. Wiem natomiast, że z perspektywy większości osób, które gimnastykują się z wykorzystaniem rozsądnie urlopu takie pomysły to fanaberia i nie chcę jak nawiedzony pisać, że każdy musi zapieprzać sam jak palec walcząc o życie w nierównej walce o skrawek pasa drogi z kierowcami tirów (niestety takie krótkie ale jednak odcinki na trasie też pokonywałem; największe gnoje to kierowcy litewscy i białoruscy ciągnący ogromne i puste lory na samochody – nie dość, że nie omijają rowerzystów to ten cały ich majdan z tyłu ma tendencję do zarzucania nawet na prostej drodze)


Nie mam wielkich doświadczeń w tego typu wycieczkach ale sprawdził mi się prosty patent by zaplanować sobie 1-2 postoje z  wcześniej zarezerwowanymi miejscami do spania. Reszta pobytów to już część przygody. W czerwcu pokonałem z dwoma kolegami kawałek Warmii i nic nie planowaliśmy zawczasu (mieliśmy namioty itp.) ale podróżując samemu miałem trochę stracha przed taką pionierką. 


Zapieprzanie samemu na rowerze to jak każde monotonne doświadczenie (luzujące trochę wysiłek umysłowy) rodzaj medytacji. Mam teorię, że dzięki takiemu charakterowi rozrywki wszystko przeżywa się mocniej.  Piwo na koniec dnia smakuje lepiej niż kiedykolwiek.  Kolor wody w jeziorze,  intensywność barw tzw przyrody ożywionej – nie do zapomnienia. Ale zgubienie drogi po 10 h jazdy tudzież po wyłączeniu oświetlenie słonecznego spowodowało, że byłem  bliski tego by się  popłakać – ze zmęczenia i żalu nad własną głupotą.


Nie mam wybitnej kondycji ale też umówmy się, że regularnie (ok, właściwie codziennie ostatnio) trochę się ruszam.  Przy niezbyt obciążającym ale jednak długim wysiłku nie da się oszukać organizmu. Nauczyłem się, że jak tylko zapominam o regularnym nawodnieniu i węglowodanach  to pod koniec dnia może zrobić się niefajnie.  Jednego wieczora dopiero po spożyciu dwóch zup opanowałem coś co wyglądało na początek drgawek z wyziębienia tudzież przemęczenia.


Ale te wszystkie doświadczenia powodują też, że jakoś wraca się głową do normalnego świata gdzie lepiej czuje się swoje ciało i mniej człowiek przejmuje się tym wszystkim co generujemy sobie we własnej czaszce a co potrafi nas czasem nieźle zdołować.


Korzystałem (niestety) z map Google na telefonie. Ani to wygodne ani bezpieczne ale nie zdołałem kupić akurat tradycyjnej dobrej mapy we właściwej skali. Poza kilkoma momentami kiedy chciałem aby Sergiej i Larry sami przyjechali do mnie na rowerach  powiedzieli jaki jest sens wytyczać trasę w metrowym piachu obok asfaltu tudzież wyjaśnili moją wątpliwość co może znaczyć w podpisie drogi rowerowej „walking” były i chwile zabawne. Kiedy dojechałem nad Bug i zapytałem dwóch facetów naprawiających Żuka o przeprawę promową  zobaczyłem jak ich oczy natychmiast nabierają żywych kolorów. Domyślam się, że wspominali lata osiemdziesiąte, wspaniały czas kiedy ojcowie po zbiorach wybrali się na giełdę w Słomczynie i wrócili dużym fiatem. Oni zaś, młodzi i jurni tymże dużym fiatem wozili panny do remizy na tańce. Tak, piękne tam musiały być lata osiemdziesiąte. Wtedy też ostatnio widziano tam prom.


Im dłużej jeżdżę tym mocniej czuję, że mój kolejny rower będzie mniej skomplikowany. Mam kupionego na Allegro używanego grata marki Cube (Delhi) i niby jest to klasyczny rower trekkingowy ale jakoś bliżej mi coraz bardziej do idei złożenia pojazdu „pod siebie”. Niemniej sprzęt mnie nie zawiódł. Mam komplet narzędzi, zapasową dętkę itd. Narzędzia (a dokładnie klucz nasadkowy) przydały się w trakcie naprawy maszyny do przerzucania siana (pewnie ma jakąś swoją nazwę właściwą ale jej niestety nie znam). Z tą naprawą wiąże się też śmieszna historia. Moja rola była taka, że po pierwsze miałem klucz a po drugie przez słownie może dwie minuty trzymałem kawałek stalowej rurki, który tworzył dźwignię. Niemniej mój nowy zapoznany kolega rolnik strasznie chciał się odwdzięczyć i namówił mnie, że podwiezie mnie kilka kilometrów. Wgramoliłem się na stopień naczepy z sianem i  przyczepiłem rower łańcuchem anty-kradzieżowym. Oczywiście naczepa nie miała żadnej amortyzacji i niemiłosiernie się trzęsła także musiałem jedną ręką trzymać się kawałka blachy by się nie spierniczyć a drugą utrzymywałem stabilność mojego pojazdu. Efekt był taki, że rozciąłem sobie palce lewej ręki a cały byłem upieprzony w smarze. Ale opłacało się. Kiedy tego wieczora dotarłem do czegoś co w literaturze nazywa się miejsce wieczornego spoczynku, w zakrwawionej koszulce,  umazany na czarno, facet dający mi klucze powiedział cytuje „no, ja tego, też jeżdżę trochę na rowerze, ale wie pan, tak amatorsko, po okolicy…” Przybrałem wtedy wyraz twarzy częstego bywalcy zawodów organizowanych przez Red Bulla i odpowiedziałem śmiertelnie zmęczonym głosem: „tak, tak jest na pewno bezpieczniej.


Na dwóch kołach poruszanych własnymi mięśniami nie jedzie się jak powszechnie wiadomo za szybko. Daje to możliwość kontemplacji przyrody, która układa się w szalenie ciekawy wzór: łąka, pole, łąka, pole, las, łąka, pole, łąka, pole, rzeka most. Zmusza to także do czytania absolutnie wszystkiego co znajduje się przy drodze. Przez dłuższą chwilę (czyli kilkadziesiąt kilometrów) poważnie zastanawiałem się nad napisaniem w związku z tym tekstu o roboczym tytule „Terenowe badania nad stanem reklamy wizualnej”.  Po kolejnych kilkudziesięciu kilometrach pomysł ten stracił swój powab ale zrobiłem sobie prywatną listę zaobserwowanych wybitnych osiągnięć brandingowych. Długo nie mogłem zdecydować się komu dać złoty medal także przydzieliłem sprawiedliwie dwa. Znalazłem w Białymstoku prywatne przedszkole, którego obietnica marki wyzwala u jednych myśl o spełnieniu najskrytszych marzeń u drugich czyste przerażenie. Ale nie pozwala pozostać wobec takiego konceptu obojętnym. Przedszkole nosi dumną nazwę „EUROPRYMUSEK”. Mój drugi faworyt to firma sprzedająca maszyny rolnicze. Firma nazywa się niekontrowersyjnie: „UNIA”. Ale już ich "tag line" powoduje, że warszawskie agencje powinny wyłuskać lokalny talent, który za nim stoi. Otóż UNIA promuje się tak: „Szwedzka stal, polski pot”. Czy w naszym kraju tak unurzanym w historii może być coś wyzwalającego silniejsze emocje niż przywołanie Potopu ?  I tak jak wtedy spoceni pokonaliśmy szwedzką stal tak teraz sam przecież byłem świadkiem, że nie straszne są nam żadne maszyny !


Mam nadzieję, że kogoś choć odrobinę zainspirowałem do odkurzenia roweru i otwarcia się na drobne przygody, choćby te  na dystansie kilkunastu kilometrów od domu (na początek oczywiście!)

wtorek, 9 września 2014

Audio-historia


Każda dobra opowieść trzyma nas w napięciu, uruchamia emocje, pozwala lepiej zrozumieć siebie i świat. A najlepsze historie pozwalają uwierzyć, że jesteśmy w stanie zmieniać świat w lepsze miejsce do życia. Audioteka pozwala słuchać takich opowieści. Sama zaś jest historią człowieka, który z własnej wiary, pracowitości i zdolności do zarażania swoją wizją innych stworzył międzynarodową firmę, która m.in. zdołała w trakcie paru lat stworzyć kilka unikalnych rozwiązań, które dziś wydają się standardem (własna półka z książkami, ergonomiczne aplikacje mobilne itp.)

Nie zapomnę obiadu z Marcinem Beme kiedy kilka lat temu w ogródku Blue Cactusa opowiadał o swoich biznesowych pomysłach. Serce zabiło mi mocniej przy trzeciej z kolei koncepcji czyli sklepie on-line z audiobookami. Pomysl był prosty  - Marcin z ówczesnym wspólnikiem Błażejem Kuklą wnosili umowy z Polskim Radio, Związkiem Niewidomych, ogólną koncepcję i strategię a także oczywiście swoją pracę a K2 dostarczyć miało technologii i gotówki na rozruch. W taki sposób zostaliśmy prawdziwymi partnerami (50/50) w tym biznesie. Jako anegdotę mogę dodać, że umowę z Polskim Radio udało się zrealizować już 5 lat później...

Dalsza część historii jest powszechnie znana, Audioteka odniosła niekwestionowany sukces w Polsce, jest hegemonem na rynku czeskim, z powodzeniem uruchomiła swoje mutacje na wielu innych rynkach.

Nie każda dobra książka ma dobre zakończenie. Niemniej właśnie kończy się nasza to jest K2, wspólna historia z Audioteką. I jest to dobre zakończenie. Nie musze mówić ile było po drodze trudnych zakrętów i możliwości zgubienia kierunku. Nie będę też na siłę kolorował rzeczywistości – w ostatnich miesiącach coraz mocniej różnili się obecni właściciele w sposobie myślenia o tym jak osiągnąć sukces na skalę globalną. Cieszę się, że K2 osiągnęła z tej inwestycji bardzo dobry zwrot. Ale chyba ważniejsze jest, że udało się nam przyczynić do powstania jednej z nielicznych polskich firm z już rozpoznawalną marką na rynku i z realnymi szansami na sukces na świecie.

Chciałbym podziękować tym wszystkim, którzy przyczynili się do tego sukcesu – tak
po stronie Audioteki jak i K2. Poza niezrównaną energią Marcina za tą firmą stoi obecnie 
już kilkadziesiąt osób. Drugie tyle na różnych etapach zaangażowane było po stronie naszej firmy. Było by z mojej strony nieodpowiedzialnością chcieć oceniać wkład poszczególnych członków zespołu ale odważę się wspomnieć, że bez, jak mówią moi nastoletni synowie „pozytywnej zajawki” ze strony Tymka Chmielewskiego trudno mi sobie wyobrazić (m.in.) komercyjny start pierwszego serwisu.

Życzę Marcinowi, całemu zespołowi i obecnym inwestorom globalnego sukcesu. Niech ta historia ma jeszcze więcej fajnych rozdziałów !

czwartek, 28 sierpnia 2014

O czym myślę kiedy jeżdżę na rowerze ?

Urodziłem się ponad 40 lat temu w dużym mieście wojewódzkim (to znaczy w Warszawie) w rodzinie (jak wtedy się mówiło) inteligenckiej o średnim statusie materialnym. To znaczy takim jak rodziny wszystkich moich ówczesnych przyjaciół. To oznaczało w kontekście mojej historii rowerowej jedno – moim pierwszym dwukołowym pojazdem posiadanym świadomie (poza sprzętami o charakterze wybitnie dziecięcymi)  - był dość udany eksperyment czasów PRL z koncepcją składanego roweru o nazwie handlowej „Wigry”.  Nie mam pojęcia jakie były tego powody ale do dziś pamiętam, że lepiej było mieć „Wigry” niż „Jubilata” choć na zdrowy rozum na Jubilacie musiało jeździć się lepiej – miał przecież większe koła (wciąż jednak był tzw „składakiem”).  Wspomniane „Wigry” mieli właściwie wszyscy i wszyscy też snuli marzenia o czymś na normalnej wielkości kołach (27”) czyli o „Pasacie” lub „Wagancie”.   Rowery szosowe widzieliśmy wtedy jedynie na Wyścigu Pokoju lub w rękach (pod nogami ?) szczęśliwców, których ojcowie zamiast odtwarzacza video przywieźli takowe zza granicy zarobione pracą poniżej kwalifikacji ale za walutę powyżej oficjalnego kursu wymiany. W gospodarce powszechnego niedoboru (nie wiedzącym w czym rzecz czytelnikom młodszym o 20 lat podrzucam wątek do ciekawej rozmowy z rodzicami) na rower się polowało, szczególnie ten lepszy. 


Mojego Pasata udało się rodzicom przypadkiem zdobyć w trakcie wakacji w Olsztynku.  Wraz z przyjaciółmi odbyliśmy wtedy kilka wycieczek po Warmii. Nie były to wycieczki przypadkowe – postanowiliśmy zawalczyć w konkursie „Wakacje na dwóch kółkach” organizowanym przez Henryka Sytnera (Program 3 PR). Teraz będzie dygresja, która zbliża temat mojego pisania do nowych technologii. Otóż wymyśliliśmy z kumplami, że odróżnimy się od konkurencji nową formą przekazu zgrywając informację o naszych rowerowych podróżach w postaci kodu na kasecie magnetofonowej pod ZX Spectrum. Okazało się, że wyprzedziliśmy w Polskim Radio epokę jako, że nikomu nie chciało się (lub nikt nie potrafił) odtworzyć naszego przekazu…Druga dygresja dotyczy tego, że rower przedłuża życie: otóż wspomniany Henryk Sytner wciąż organizuje te swoje konkursy a pracuje w radio od 1962r…


W kolejnych latach,  czyli przez czas liceum, rower służył mi jako niespecjalnie emocjonujące narzędzie transportu, głównie na trasie Służew nad Dolinką (gdzie wówczas mieszkałem) – Powsin (gdzie graliśmy w kosza) lub po prostu do tzw. kręcenia się z przyjaciółmi po osiedlu.


Nie pamiętam bym dotykał roweru odkąd stałem się dumnym studentem UW aż do momentu kiedy już w latach 90 dałem się uwieść panującej wtedy modzie i kupiłem rower górski. Był to toporny TREK. Jego główną funkcją było zbieranie kurzu w garażu. Ze dwa razy został rzeczywiście wykorzystany zgodnie z przeznaczeniem w Beskidzie Niskim. Wspominam z tych wycieczek głównie litość moich ówczesnych towarzyszy o niepomiernie wyższej wydolności sercowo – naczyniowej, którzy nie dopuścili bym w ich trakcie umarł.


Być może miłość do roweru ma charakter podobny do uczucia jakim czasem obdarzamy koleżankę, która nigdy nie uwiodła nas od razu swoją urodą, kształtami, błyskotliwością. Są osoby, z którymi czujemy się dobrze na przekór pierwszemu wrażeniu, wbrew okolicznościom. Wracamy do nich i powoli przekraczamy pierwsze bariery odkrywając zaskakujące podobieństwa lub/i idiosynkrazje.  Czasem potrzebujemy do tego odrobiny magii czyli niedorzecznego zdarzenia, przypadku, dziwnej okoliczności.


Błaha rozmowa z kolegą, który nie tylko nałogowo jeździ ale także składa, pieści i pewnie śni o rowerach (pozdrawiam cię Michale !) zaowocowała linkiem do szosowego roweru na Allegro. Linkiem, który zmienił moje życie. Stałem się nie tylko posiadaczem trochę oldskulowego ale w sumie ciekawego roweru (tytanowa rama, przyzwoity osprzęt Campagnolo) ale przede wszystkim zacząłem regularnie jeździć na rowerze. Chorowałem poważnie jako dziecko i od tamtej pory zazdroszczę innym zdrowia i wydolności.  Mam od zawsze nieszczególnie duże zapotrzebowanie na adrenalinę, nie lubię rywalizacji i jak się niedawno dowiedziałem (dzięki Marysia i Mateusz) mam też lekko „zryty beret”. Jednym słowem cyklo-sport jest dla mnie aktywnością wymarzoną.  Nie mam ambicji ani marzeń by startować w wyścigach, zmierzyć się w triatlonie, założyć koszulki z napisem „Iron Man”. Kocham natomiast jazdę na rowerze.


Od czasów zdarzenia wspomnianego powyżej upłynęło już kilka lat. Moja flota rowerowa powiększyła się i poza wspomnianą kolarką mam też (m.in.) rower do zadawania szyku na mieście (wystylizowane cacko z RFN z białym siodełkiem i białym mikro-barankiem ale najważniejsze, że zamiast łańcucha ma niebrudzący kevlarowy pasek zębaty) tudzież używanego CUBE (też z Allegro), z bagażnikiem o udźwigu 40 kg pod konkretnej wielkości sakwy.


Ale to wszystko w sumie nie ma żadnego znaczenia. Jeżdżę na rowerze prawie codziennie. Do kawiarni do której mam z domu 500m lub 120 km w ramach dłuższej wycieczki.  Spektakularnego orła wywinąłem jadąc na rowerze drugiego dnia Świąt Bożego Narodzenia (uznałem, że wyjście w trakcie Wigilii lub pierwszego dnia mogło by zakończyć moje małżeństwo). Nie przeszkadza mi szczególnie ani deszcz ani wiatr ani temperatury ponad 30st. Im dłużej mój tyłek cierpi na rowerowych siodełkach (umówmy się, czasem po prostu musi boleć) tym więcej rozumiem moją miłość. Nie mam kondycji ani talentu by pokonywać długie dystanse biegiem. Przebiegnę 10km w 1h i mam dosyć. Na dwóch kołach potrafię natomiast spędzić prawie cały dzień. Moja głowa czasem potrzebuje odpoczynku. A tego nie da się załatwić w 1h (por. powyżej, hasło „zryty beret”). Uwielbiam rower za każdorazową lekcję pokory. Jeśli umówię się na spotkanie w centrum to potrzebuję z mojego Mokotowa ok. 30 m by na nie dotrzeć. Mogę spróbować mocniej docisnąć ale przyjadę zlany potem a zaoszczędzę może minutę. Tutaj nie ma miejsca na wygłupy samochodem, przeciskania się pomiędzy innymi wariatami, jazdy 100km/h w mieście – wychodzisz za późno to się spóźnisz. Nie masz kondycji – jedziesz wolniej. Proste.


Ale najważniejsze źródło miłości jest gdzie indziej. Jadąc na rowerze widzisz świat. Każda osoba, która nie jeździ regularnie na rowerze, myśli teraz z niedowierzaniem lub zażenowaniem jak tak poważna osoba jak były prezes K2 może pisać takie banialuki. Ale nie wiem jak napisać to inaczej. Rower wymaga oczywiście elementarnego skupienia ale to skupienie jest bliskie temu co cię otacza. Wystarcza by widzieć to wszystko co ucieka nam kiedy przemieszczamy się w samochodzie lub jeszcze szybszym środkiem transportu. Przestałem zatykać uszy muzyką także nie tylko widzę ale słyszę i czuję lepiej, nie ważne czy towarzyszące moim rowerowym podróżom wrażenia są przyjemne czy też nie. Odczuwanie warunkuje w moim przypadku procesy myślowe dając im pożywkę, inspirację i przestrzeń. 

I dlatego rower jest aktualnie moim ulubionym rozwiązaniem technicznym (napisałbym chętnie „technologicznym” -  pasowało by mi do tego jak mocno wątpię czasem w wartość innych wynalazków tego typu)

poniedziałek, 7 lipca 2014

List otwarty (smutny dość)

LIST OTWARTY DO GRZEGORZA SROCZYŃSKIEGO

Grzegorz Sroczyński w piątkowym Dużym Formacie (3.06.2014) postanowił podzielić się swoimi przemyśleniami na temat kampanii społecznej, której celem jest promocja usługi uruchomionej przez MSWiA. Usługa to umożliwia sprawdzenie czy autobus, którym nasze dzieci ruszają na wakacje (oczywiście także każdy inny autobus też) ma ważne badanie techniczne i opłaconą polisę OC (m.in). Film, który wyprodukowała agencja K2 obejrzało na Youtube do dzisiaj (poniedziałek 7 lipca br) ponad 1,7 mln osób.

Nie mam jak odnieść się polemicznie do tego tekstu. W mojej ocenie znajduje się tam jedna teza (o prymacie skuteczności reklamy nad wrażliwością etyczną), która ani nie jest nowa ani tym bardziej oryginalna a co więcej nie została w żaden sposób udokumentowana. Grzegorz Sroczyński mógł dotrzeć do twórców kampanii, dowiedzieć się jakie były jej cele i założenia i dlaczego wybrano taką formę przekazu. Mógł dowiedzieć się jak wygląda reklama społeczna na świecie. Mógł wreszcie napisać ciekawy tekst, który wniósłby cokolwiek do ważnej dyskusji o granicach kontrowersyjności przekazu reklamowego, w tym takiego o kontekście społecznym. Niczego takiego w tym tekście niestety nie znajdziemy. Zamiast tego są tam insynuacje, osobiste wycieczki i bezpodstawne oskarżenia.

Poświęciłem 13 lat swojego życia by tworzyć firmę, która podążać będzie jasnymi ścieżkami etycznymi i nie pozwolę by ktokolwiek bezkarnie malował na jej biurze swastykę ("Film jest w gruncie rzeczy nazistowski.") Nie ma i nigdy nie będzie mojej zgody na obrażanie moich przyjaciół - Arka i Łukasza. Można się śmiać z tego, że Grzegorz Sroczyński zapuścił im brody i kazał siedzieć w Charlotte. Ale nie można do porządku dziennego przejść nad tym, że są bezkarnie i bez jakichkolwiek podstaw oskarżani o moralny nihilizm.

Jest mi po ludzku przykro, że Gazeta Wyborcza, którą od zawsze regularnie czytam i cenię,   publikuje taki paszkwil. Nie wiem jak możliwe jest by gazeta, która tak często pierwsza staje w obronie przed oszczerstwem i agresją sama przemawia językiem nienawiści i wykluczenia

Piszę ten tekst w poniedziałek bo chciałem dać sobie kilka dni na to by nie przemawiały przeze mnie wyłącznie emocje. Ale te emocje są cały czas we mnie żywe. Czuję, że ktoś komu pasowała taka a nie inna teza do zapełnienia wierszówki opluł nie tylko Arka i Łukasza, ale także ponad 300 osób pracujących w Grupie K2, i tysiące tych, którzy reklamę obejrzeli i być może sprawdzili stan autobusu nie myśląc o Goebbelsie.

Żądam by Grzegorz Sroczyński za swoje pochopne słowa po prostu przeprosił. A jeśli tego nie zrobi to z wielkim wewnętrznym żalem sprawdzę czy będziemy musieli żyć w smutnym kraju gdzie można każdą firmę i każdą osobę swobodnie mieszać z błotem czy jednak sądy oceniają takie zachowania inaczej.

Janusz Żebrowski, współzałożyciel, akcjonariusz i członek RN K2 Internet SA