piątek, 28 czerwca 2013

Ciepła_woda_w_kranie.pl


Nie lubię bezproduktywnego narzekania. Szczególnie u innych. U siebie też, no chyba, że coś naprawdę mnie zaboli. W zeszłym miesiącu pojawiłem się z krótką, bo 48h, wizytą w stolicy naszego zachodniego sąsiada. O godzinie 18, w środku tygodnia, na Gendarmenmarkt (nazwa w kontekście późniejszych wydarzeń znamienna) zostałem ofiarą, świadomej jak mniemam, polityki walki z narodowymi uprzedzeniami. Niedawno oglądałem, skądinąd znakomity, film zatytułowany „Juma”, który przypomina jak całkiem niedawno widziani byliśmy w RFN głównie w roli złodziei. Koniec z przesądami i uprzedzaniami !. Jestem sprytnie okradziony nie tylko z kompletu kart kredytowych ale także pozbawiony dowodu osobistego, prawa jazdy itp.
Jako, że do Berlina wybrałem się samolotem i tak samo chciałem wrócić dzwonię do dyżurnego konsula (mam nadzieję, że nawet po uwolnieniu zupełnym cen w roamingu wciąż będą wysyłać te numery telefonów !). Konsul bardzo miły i konkretny radzi by dnia następnego stawić się z rana w konsulacie.. Stawiam się i dostaję druk, którym wnioskuję o wydanie paszportu tymczasowego. Ja, Janusz Żebrowski, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. Trochę się dziwię po co skoro urzędniczka za okienkiem trzyma w rękach wydruk z bazy danych paszportowych z tymi samymi informacjami i moim zdjęciem paszportowym ale co tam. Cieszę się, że w ogóle mam jak wrócić. Sam konsul robi mi zdjęcie, jeszcze 40 Euro opłaty i myślę, że po sprawie. Ale niestety nie. Okazuje się, że wydanie paszportu tymczasowego skutkuje tym, że paszport który leży u mnie w domu na półce właśnie przestał być ważny. Próbuję tłumaczyć, że to bez sensu bo unia, bo zdrowy rozsądek, przepisy są nieubłagane. Za 40 Euro mam paszport na jeden dzień i nie mam już starego paszportu z amerykańską wizą ważną jeszcze 7 lat. Naiwnie zakładam, że jako posiadacz nowiutkiego dokumenty tożsamości i prawie kolega dwóch pań obsługujących petentów jestem już im trochę znany ale niestety nie: Ja, … syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. oświadczam, że straciłem dowód osobisty (to pozwoli mi zawnioskować o nowy dowód osobisty)…i paszport (sic! – a to kłamstwo zaoszczędzi mi na opłacie paszportowej).
Na lotnisku okazuje się, że lot jest odwołany. A paszport mam ważny jeszcze 8h także robi się nerwowo. Szczęśliwie kolejny samolot startuje i dwa dni później mogę stawić się w Urzędzie Miasta i Gminy Konstancina-Jeziornej. Wcześniej sprawdzam na stronie ePUAP, że w mojej gminie elektronicznie to mogę załatwić „Pismo ogólne do urzędu” oraz „Skargi, wnioski, zapytanie do urzędu”, czyli konkretnie to nic. Wyjmuję uprzednio wydrukowany i wypełniony ręcznie w domu wniosek o wydanie nowego dowodu (PDF wraz z instrukcją znalazłem na stronie www urzędu). Druk wielce oryginalny. Ja, …, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. Tutaj jest część opowieści tak groteskowa, że boję się czy ktoś mi uwierzy. Urzędniczka z kamienną miną wręcza mi dokładnie ten sam wniosek mówiąc, że mój jest wydrukowany na dwóch stronach a właściwy jest jej bo zadrukowany z obu. Kiedy czuję jak sygnał nerwowy z mózgu niesie do rąk informację o tym jak najlepiej będzie ją udusić dostaję pod nos inny i to ładny bo kolorowy wydruk ze wszystkimi danymi osobowymi z uprzejmą prośbą o podpis. Kiedy próbuję dowiedzieć się po jaką cholerę muszę wypełniać coś na papierze skoro właśnie podpisuje się pod poprawnością danych z ich bazy odpowiedzi nie dostaję.
Do morderstwa nie dochodzi, za godzinę jestem w Starostwie Powiatowym w Piasecznie. I jedziemy: Ja,…, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp.. itp. oświadczam, że paszport zajumali mi źli Niemcy. Jedna kartka A4.  Ja, …,syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp...błagam o wydanie mi wtórnika prawa jazdy. Jeszcze tylko stówka opłaty, zdjęcia, ha nawet można poprosić o wysłanie do domu ! i chcę uciekać ale osoba za biurka stanowczo prosi o dokument potwierdzający moją tożsamość. Tłumaczę grzecznie, że przed chwilą z systemu udało się wydobyć informację o moim prawie jazdy, przez nich wydanym a ja proszę o wysłanie go na adres jaki tam w tym komputerze widnieje także ryzyka, że właśnie wyłudzam coś pod wyścigi na jedną milę na niedokończonym odcinku A2 w Warszawie nie ma. Niestety, wracam do mojego ulubionego urzędu gminy w Konstancinie ciesząc się, że nikogo nie zamordowałem. Ja,…, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. proszę o poświadczenie danych meldunkowych. Jeszcze tylko 17 zł. Jest mega wygodnie bo bank spółdzielczy za rogiem. I już mogę wracać do Piaseczna. Stoję w korku i myślę o ciepłej wodzie w kranie. Wygląda na to, że albo jest internet i systemy, którą służą obywatelom albo ta woda. Trochę się teraz wkurzam ale woda to jednak ważniejsza jest !
Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 34 (czerwiec 2013) Proseeed

piątek, 7 czerwca 2013

Kryzys (myślenia przede wszystkim)


W zeszłym miesiącu pisałem o tym kiedy zakończyć się może trawiący znaczną część świata kryzys ekonomiczny. Postawiłem w tym felietonie śmiałą tezę odnośnie sposobu rozwiązania obecnych problemów, śmiałą na tyle, że ze spokojem siadam do pisania o tym jak do kryzysu się przyzwyczaić.

W świecie medycyny czy zdrowotnej profilaktyki coraz większego znaczenia nabiera myślenie, które zostało zdefiniowane jako „Evidence Based Medicine”.  Jest to odpowiedź na zalewające nas analizy, rekomendacje, rzekome wyniki badań, które sugerują spożywanie (lub odwrotnie) określonych pokarmów, wskazują na skuteczność (lub odwrotnie) określonych procedur medycznych itp. Jako laicy jesteśmy niestety podatni na wszelkiego rodzaju oszołomstwa, szczególnie gdy dotyczy to tak cennej rzeczy jak naszego (lub bliskich) zdrowia. Wydawało by się, że cała „nasza” zachodnia medycyna jest oparta o rzeczowo realizowane prace badawcze od setek lat. Okazuje się jednak, że czasem jakość badań i co za tym idzie zdolność do wyciągania daleko idących wniosków pozostawia często dużo do życzenia. Dodajmy do tego sponsorów (kto nie czytał o zdrowotnym wpływie picia wina w umiarkowanych ilościach ?), lobbing firm farmaceutycznych, interesy środowiskowe itp. i okazuje się, że metodyczne podejście do lepszego rozumienia naszego organizmu może mieć kluczowe znaczenie.

Dlaczego o tym piszę ? Mam nieodparte wrażenie, że w wiedzy o zarządzaniu biznesem mamy podobną sytuację co obecnie w medycynie. Niby jest to dziedzina na wskroś dwudziestowieczna (i dwudziestojednowieczna też) a poziom naszego rozumienia złożonej rzeczywistości wyznaczają czasem obiegowe opinie, nieuzasadnione w żaden sposób analizy czy opinie tzw guru. Zarządzanie należy oficjalnie do dziedziny nauk ekonomicznych ale jak poczytać sobie tu i ówdzie to znają się na zarządzaniu prawie wszyscy: psychologowie (a nawet terapeuci), oczywiście ekonomiści, socjologowie, ale też praktycy: przedsiębiorcy, inwestorzy itd.

Jeśli nie odczuliśmy na własnej skórze to przynajmniej przeczytaliśmy, że silne spowolnienie naszej gospodarki ma negatywny wpływ na wiele dziedzin życia społecznego i gospodarczego.  Więcej niż kiedykolwiek firm zmniejsza zatrudnienia, trudniej o podwyżki i awanse. Załóżmy, że jesteśmy pracownikiem i straciliśmy właśnie etat. Co nam mówią guru, duchowi przewodnicy i koledzy powtarzający obiegowe prawdy ? Powtarzają, że właściwie to dobrze bo otwierają się przed nami nowe perspektywy, wreszcie mamy szansę na to by się zrealizować. Przecież i tak męczyliśmy się w tej pracy, szef był idiotą (swoją drogą ciekawe, że bycie idiotą jest jedną z nielicznych cech łączących w opinii rzesz pracowników większość kierownictwa) Załóżmy, że jesteśmy przedsiębiorcą, który właśnie zwolnił rzeczonego osobnika ? O czym możemy przeczytać lub usłyszeć od znajomych po fachu ?  Dowiemy się, że realizujemy właściwe działania służące długotrwałemu wzrostowi wartości firmy, podejmujemy racjonalne decyzje dobrze odczytując sygnały płynące z rynku i podobne banialuki. Ba, nawet możemy się spróbować przekonać, że zwalniając realizujemy boski plan uczynienia życia naszych (zaraz byłych) pracowników lepszym – dajemy im szansę by lepiej realizowali się gdzieś indziej.

Wygląda na to, że kryzys nam chwilę jeszcze potowarzyszy. Może warto wykorzystać go przynajmniej do tego by rozumieć i akceptować fakty. Oczywiście, że są wśród spełnionych przedsiębiorców ci, którzy dziękują bogu za to, że zostali kiedyś pozbawieni etatu – bo właśnie ten impuls popchnął ich do robienia wielkich rzeczy. Ale dla większości utrata etatu to ponure wydarzenie osobiste i źródło problemów ekonomicznych. Fale zwolnień nawiedzające polskie firmy pewnie, że zmniejszają koszty i cieszą tym samym posiadaczy akcji. Ale przede wszystkim są świadectwem złych lub przynajmniej nieoptymalnych decyzji. Oczywiście, że nikt nie mógł przewiedzieć skali załamania popytu wewnętrznego i spadku PKB. Ale cykliczność zmian w gospodarce trudno uznać za specjalną nowość.


Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 33 (maj 2013) Proseeed