poniedziałek, 25 lutego 2013

Magia liczb

W 1947 roku premier Polski, Józef Cyrankiewicz, skłaniał się ku skorzystaniu z amerykańskiej pomocy gospodarczej znanej jako plan Marshalla. Szybkie konsultacje ze Stalinem zaowocowały jednak konstatacją, że przyjęcie banknotów z podobiznami Franklina, Jeffersona i Lincolna nie mieści się w ramach obowiązującej ideologii. Biorąc pod uwagę, jak ci panowie zasłużyli się w historii, należy zauważyć, że nasz ówczesny premier nie grzeszył zmysłem politycznego realizmu. Dla przypomnienia, czym była wspomniana inicjatywa pomocowa, przytaczam garść informacji, m.in. za Wikipedią. Plan Marshalla (z ang. European Recovery Program) był programem Stanów Zjednoczonych służącym odbudowie gospodarek krajów Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Plan został uchwalony przez Kongres Stanów Zjednoczonych 3 kwietnia 1948 roku (funkcję sekretarza stanu piastował wówczas „tytułowy” gen. George Marshall) i był realizowany przez ponad 3 lata: od kwietnia 1948 do roku 1951. W tym czasie przekazano około 13 mld dol. (odpowiednik co najmniej 107 mld dol. wziąwszy pod uwagę obecne ceny) w postaci pomocy technicznej i ekonomicznej, aby wesprzeć odbudowę gospodarek krajów europejskich, które dołączyły do Organizacji Europejskiej Współpracy Gospodarczej. Ślady rozterek Cyrankiewicza musiały mocno rezonować społecznie (por. np. „Dziennik 1954” Tyrmanda), dla wielu był to (słusznie, jak się okazało) zwiastun zamykającej się z łoskotem na wiele lat żelaznej kurtyny.

Z emocjami śledziłem doniesienia z ostatniego szczytu przywódców UE. W 66 rocznicę decyzji Józefa Cyrankiewicza premier Donald Tusk przywiózł 106 mld euro, jakie przyznała nam Unia Europejska na lata 2014–2020. Być może zabrzmi to patetycznie, ale tymi emocjami rządziło przeświadczenie, że na moich oczach dzieje się coś historycznego. Trudno oceniać wagę zdarzeń, które dzieją się tu i teraz. Niemniej ryzykuję tezę, że nie doceniamy wagi wsparcia unijnego w latach 2007– 2013 i kolejnego budżetu przewidzianego dla krajów członkowskich. Prasa a to narzeka na niepotrzebny aquapark w jakiejś dziurze, a to na łapówki przy autostradowych przetargach. Mamy jednak nadzwyczajną w historii naszego kraju (i to patrząc z perspektywy ostatnich kilkuset lat) szansę nie tylko na cywilizacyjny skok, lecz także na to, by już na zawsze przesunąć granicę Europy daleko na wschód. Dlaczego snuję takie ozważania na łamach „Proseeda”? Ano dlatego, że mam wrażenie, że podobnie jak nie jesteśmy świadomi doniosłości naszych czasów, nie doceniamy ważnego aspektu unijnej pomocy. Zniechęcające przykłady firm i osób, które z dotacji uczyniły sobie przyjemne źródła dochodu i nic ponadto, przesłaniają istotny fakt: ta pomoc nie będzie trwać wiecznie. Za nami 6 lat i a przed nami kolejne kilka na nowe inwestycje, badania i rozwój oraz współpracę ale środki te w końcu się skończą. Właśnie teraz jest czas, by korzystając z tego jedynego w swoim rodzaju wsparcia, inwestować, budować, tworzyć i rozwijać nowe biznesy. Dostęp do finansowania dobrych pomysłów był i znajdzie się zawsze, ale ci, którzy będą mieli ciekawe koncepcje nowych produktów, procesów i technologii, i otrzymają unijne (po części darmowe) wsparcie, mają realną szansę zbudować firmy nie na kilka miesięcy czy lat, ale na pokolenia.

Takiej szansy nie mieli nasi rodzice i zapewne nie będą już miały nasze dzieci.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 30 (luty 2013) Proseeed

1 komentarze:

  1. Wg mnie to jeden z największych programów inwestycyjnych od czasów Kazimierza Wielkiego z którego powinniśmy być bardziej niż dumni. Smutnym jest, że wolimy skupiać się na duperelach a tracimy "big picture". Smutnym jest też, że nie dostrzegamy, iż inne bogate Państwa kontynentu zrzucają się, by przyśpieszyć awans cywilizacyjny Polski. Znam historię i jakoś nie mogę sobie przypomnieć kiedy taka sytuacja miała miejsce jeśli chodzi o Rzeczypospolitą.

    OdpowiedzUsuń