środa, 23 stycznia 2013

Fiasko polskiej kosmonautyki

Jeden z moich ulubionych tematów prasowych, który jest odgrzewany w przypadkach braku dziennikarskiej weny, to kwestia, którą hasłowo można określić jako żal i biadolenie z powodu dotkliwego braku polskiego internetowego sukcesu, jaki za granicą został odniesiony np. przez Google. Chodzi o naszych krajowych przedsiębiorców, którzy, nie mając za grosz ambicji, pozbawieni wizji, ubodzy w kompetencje i umiejętności, za nic nie chcą zbudować globalnej marki – jeśli nie na miarę Facebooka czy Google’a, to choćby Instagrama. Gdzieś tam wspomina się ciepło o międzynarodowych sukcesach grupy Allegro, wskazuje się, że dobrze sobie radzą polskie odpowiedniki amerykańskich serwisów w rodzaju Naszej-klasy, ale ogólnie marazm i mizeria. Jeśli dobrze rozumiem publicystyczne zarzuty, to głównym problemem okazuje się wielkość naszego krajowego rynku. Duży lokalny rynek ma zmniejszać motywację do międzynarodowej ekspansji, w zupełności zaspokajając ambicje naszych biznesmenów. Nie dziwię się, że w gronie niezadowolonych z braku polskiego Instagrama znajdują się przedstawiciele funduszy VC. Sukcesy czeskiego AVG, węgierskiego Prezi, stworzonego w Estonii Skype’a zdają się uzasadniać tezę, że mniejsze kraje są skuteczniejsze w inkubacji firm, które podbijają światowy rynek. A zwrot z takich inwestycji musi budzić zrozumiałą frustrację polskich inwestorów.
Powyższa pisanina nie była do tego momentu w żaden sposób związana z tytułem mojego felietonu. A nie jest on przypadkowy, bo skoro frustracje budzi to, że krajowe technologiczne biznesy nie podbijają globu, to czemu nikt nie pisze o fiasku polskiej kosmonautyki? Mirosław Hermaszewski co prawda był blisko 35 lat temu w kosmosie, ale jednak na pokładzie rakiety Sojuz 30. Czemu Polacy nie wysłali nikogo na Księżyc? A skoro takie pytanie powoduje od razu śmiech, to dlaczego w Polsce nie ma producenta samolotów pasażerskich na miarę brazylijskiego Embraera? Czemu polska armia kupuje swojsko brzmiące Rosomaki, które powstają na licencji fińskiej Patrii? A skoro już jesteśmy na północy Europy – czemu w kraju, w którym jest 4 razy więcej ludności niż w Szwecji, nie mamy lokalnej marki producenta samochodów osobowych na miarę Volvo i Saaba (pal licho niedawne bankructwo tego ostatniego)? Chyba nie ma co sięgać po nieśmiertelny przykład sukcesu firmy Nokia, by jasne było to, co próbuję powiedzieć. Nieliczne przykłady sukcesów internetowych firm naszych sąsiadów traktuję raczej jako przypadki potwierdzające regułę, która brzmi: bez kolosalnych inwestycji w wiedzę, bez środowiska wspierającego innowacyjność, bez kapitału doświadczeń pochodzącego z wieloletniego rozwoju przemysłowo-technologicznego nie ma szans na budowę globalnych liderów.
I nie dotyczy to w mojej ocenie wyłącznie przedsięwzięć technologicznych. Od lat powtarzam, że nie ma co frustrować się tym, że Dolina Krzemowa jest jedna i nie do zreplikowania nigdzie indziej. Zanim powstał Facebook, Google, a wcześniej Intel i HP, rząd amerykański wydał tam niewyobrażalne środki na program zbrojeń, którego beneficjentami były funkcjonujące tam ośrodki akademickie i niezliczona liczba firm. Zanim powstała Nokia, fiński rząd nie szczędził grosza na edukację. Nie chcę, by powstało wrażenie, że wszystko co dobre zaczyna się od Keynesa i państwowych wydatków. Jednak przed Volvo, Saabem, Scanią była ruda żelaza w Kirunie i silne tradycje przemysłu maszynowego. Polscy przedsiębiorcy zachowują się rozsądnie, budując wpierw mocną obecność na krajowym rynku. Ich rolą nie jest zaspokajanie ambicji inwestorów co do wysokości IRR, a tworzenie trwałej wartości. A to, czy będziemy w stanie pochwalić się większą liczbą międzynarodowych sukcesów, jest pochodną wielu czynników. Wielkość rynku ani nasze ambicje nie grają jednak niestety większej roli.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 29 (styczeń 2012) Proseeed

wtorek, 1 stycznia 2013

WWW czyli Ważny Wysoki Wzrost

Psychologowie są zgodni, bo łatwo tutaj o miarodajne wyniki badań: wysoki wzrost służy jednostkom nim obdarzonym. Wysokim łatwiej zdobyć atrakcyjnego partnera, zarabiają więcej i szybciej awansują.
A co ze wzrostem firm? Wydaje się, że tutaj też nie ma żadnych wątpliwości. Większość rozmów z tymi, którzy trzymają w rękach portfele i mogą ich zawartością wspomóc przedsiębiorcę, zaczyna się od pytania o możliwe do osiągnięcia tempo wzrostu, a kończy na dociekaniach odnoszących się do wysokości marż. Czasem mam wrażenie, że pozostałe pytania inwestorów to już wyłącznie kurtuazja albo rodzaj intelektualnej rozrywki związanej z poznawaniem różnych biznesów.
Czyli jedyne, co może interesować szefów i właścicieli firm, to osiągnięcie jak najszybszego tempa rozwoju dzięki szukaniu atrakcyjnych rynków, budowanie przewagi konkurencyjnej poprzez lepsze produkty i usługi, rozwijanie organizacji tak, by była w stanie wytrzymać wysoką dynamikę rozwoju.
Niezliczona liczba nagród, rankingów, zainteresowanie prasy i konkurencji – to wszystko koncentruje się wokół wzrostu, który rozumiany jest czysto ekonomicznie: jako rosnące przychody i zyski. Wzrost jest dobry i jest dowodem kompetencji menadżerów. Brak wzrostu, a już szczególnie spadki, są powodem, by poszukać bardziej profesjonalnych zarządców.
Na tych szpaltach nie ma miejsca na to, by zmierzyć się z podstawami takiego myślenia. Ale powiedzmy dla porządku, że to nie jest idea ogólnoświatowa. Jesteśmy w tym podejściu nieodrodnymi dziećmi naszej kultury. Naszej, czyli zachodniej. Skrót myślowy pomiędzy Kartezjuszem a rewolucją przemysłową jest pewnie skandalicznym pomysłem retorycznym. Ale bez postawienia na piedestale myślenia naukowo-racjonalnego, jako jedynego dopuszczalnego, nie byłoby dramatycznego postępu technicznego i idącego za tym rozwoju społecznego. Niemniej to wszystko powoduje, że trudno nam dziś kwestionować takie aksjomaty jak dobro pochodzące ze wzrostu.
Osobiście nie lubię takiego myślenia. Bliższe jest mi podejście, w którym, tak w życiu jak i w biznesie, szukamy zrównoważonego rozwoju. Znaczenie słowa „rozwój” nie może być przy tym ograniczone wyłącznie do cyferek. Bo prymat liczb pozwala nam uprościć i ułatwić sobie życie. Niebotyczna wycena Apple zasłania armię nisko opłacanych i skandalicznie traktowanych Chińczyków. Nieprawdopodobne tempo wzrostu Facebooka odwraca uwagę od notorycznie łamanych praw ochrony naszej prywatności.
Pod tym względem zrównoważony rozwój jest trudniejszym wyzwaniem. Bo wymaga, byśmy myśleli nie tylko o swoich udziałowcach (lub wartości własnych udziałów), wysokości swojej pensji i premii. Każe nam, przedsiębiorcom, szefom, liderom myśleć o wartościach, każe zastanawiać się nad tym, jak nasze działania wpływają na innych, jaki mają skutek społeczny. W biznesie nie ma łatwych decyzji nawet, jeśli darujemy sobie pryzmat społeczno-etyczny. Każdy, kto kiedykolwiek stanął przed koniecznością zwolnienia pracownika, doskonale to rozumie. Ale paradoksalnie nawet w tak trudnej sytuacji dodanie do naszego myślenia szerszego kontekstu może pomóc podjąć lepszą decyzję. Lepszą, co niekoniecznie oznacza taką, która przyspieszy nasz wzrost.

PS Tomáš Sedláček, czeski ekonomista, popełnił książkę pt. „Ekonomia dobra i zła”. Polecam tym wszystkim, którzy nie wierzą we wzrost dla samego wzrostu.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 28 (grudzień 2012) Proseeed