piątek, 28 czerwca 2013

Ciepła_woda_w_kranie.pl


Nie lubię bezproduktywnego narzekania. Szczególnie u innych. U siebie też, no chyba, że coś naprawdę mnie zaboli. W zeszłym miesiącu pojawiłem się z krótką, bo 48h, wizytą w stolicy naszego zachodniego sąsiada. O godzinie 18, w środku tygodnia, na Gendarmenmarkt (nazwa w kontekście późniejszych wydarzeń znamienna) zostałem ofiarą, świadomej jak mniemam, polityki walki z narodowymi uprzedzeniami. Niedawno oglądałem, skądinąd znakomity, film zatytułowany „Juma”, który przypomina jak całkiem niedawno widziani byliśmy w RFN głównie w roli złodziei. Koniec z przesądami i uprzedzaniami !. Jestem sprytnie okradziony nie tylko z kompletu kart kredytowych ale także pozbawiony dowodu osobistego, prawa jazdy itp.
Jako, że do Berlina wybrałem się samolotem i tak samo chciałem wrócić dzwonię do dyżurnego konsula (mam nadzieję, że nawet po uwolnieniu zupełnym cen w roamingu wciąż będą wysyłać te numery telefonów !). Konsul bardzo miły i konkretny radzi by dnia następnego stawić się z rana w konsulacie.. Stawiam się i dostaję druk, którym wnioskuję o wydanie paszportu tymczasowego. Ja, Janusz Żebrowski, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. Trochę się dziwię po co skoro urzędniczka za okienkiem trzyma w rękach wydruk z bazy danych paszportowych z tymi samymi informacjami i moim zdjęciem paszportowym ale co tam. Cieszę się, że w ogóle mam jak wrócić. Sam konsul robi mi zdjęcie, jeszcze 40 Euro opłaty i myślę, że po sprawie. Ale niestety nie. Okazuje się, że wydanie paszportu tymczasowego skutkuje tym, że paszport który leży u mnie w domu na półce właśnie przestał być ważny. Próbuję tłumaczyć, że to bez sensu bo unia, bo zdrowy rozsądek, przepisy są nieubłagane. Za 40 Euro mam paszport na jeden dzień i nie mam już starego paszportu z amerykańską wizą ważną jeszcze 7 lat. Naiwnie zakładam, że jako posiadacz nowiutkiego dokumenty tożsamości i prawie kolega dwóch pań obsługujących petentów jestem już im trochę znany ale niestety nie: Ja, … syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. oświadczam, że straciłem dowód osobisty (to pozwoli mi zawnioskować o nowy dowód osobisty)…i paszport (sic! – a to kłamstwo zaoszczędzi mi na opłacie paszportowej).
Na lotnisku okazuje się, że lot jest odwołany. A paszport mam ważny jeszcze 8h także robi się nerwowo. Szczęśliwie kolejny samolot startuje i dwa dni później mogę stawić się w Urzędzie Miasta i Gminy Konstancina-Jeziornej. Wcześniej sprawdzam na stronie ePUAP, że w mojej gminie elektronicznie to mogę załatwić „Pismo ogólne do urzędu” oraz „Skargi, wnioski, zapytanie do urzędu”, czyli konkretnie to nic. Wyjmuję uprzednio wydrukowany i wypełniony ręcznie w domu wniosek o wydanie nowego dowodu (PDF wraz z instrukcją znalazłem na stronie www urzędu). Druk wielce oryginalny. Ja, …, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. Tutaj jest część opowieści tak groteskowa, że boję się czy ktoś mi uwierzy. Urzędniczka z kamienną miną wręcza mi dokładnie ten sam wniosek mówiąc, że mój jest wydrukowany na dwóch stronach a właściwy jest jej bo zadrukowany z obu. Kiedy czuję jak sygnał nerwowy z mózgu niesie do rąk informację o tym jak najlepiej będzie ją udusić dostaję pod nos inny i to ładny bo kolorowy wydruk ze wszystkimi danymi osobowymi z uprzejmą prośbą o podpis. Kiedy próbuję dowiedzieć się po jaką cholerę muszę wypełniać coś na papierze skoro właśnie podpisuje się pod poprawnością danych z ich bazy odpowiedzi nie dostaję.
Do morderstwa nie dochodzi, za godzinę jestem w Starostwie Powiatowym w Piasecznie. I jedziemy: Ja,…, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp.. itp. oświadczam, że paszport zajumali mi źli Niemcy. Jedna kartka A4.  Ja, …,syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp...błagam o wydanie mi wtórnika prawa jazdy. Jeszcze tylko stówka opłaty, zdjęcia, ha nawet można poprosić o wysłanie do domu ! i chcę uciekać ale osoba za biurka stanowczo prosi o dokument potwierdzający moją tożsamość. Tłumaczę grzecznie, że przed chwilą z systemu udało się wydobyć informację o moim prawie jazdy, przez nich wydanym a ja proszę o wysłanie go na adres jaki tam w tym komputerze widnieje także ryzyka, że właśnie wyłudzam coś pod wyścigi na jedną milę na niedokończonym odcinku A2 w Warszawie nie ma. Niestety, wracam do mojego ulubionego urzędu gminy w Konstancinie ciesząc się, że nikogo nie zamordowałem. Ja,…, syn…, urodzony…, PESEL…, adres,  itd. itp. proszę o poświadczenie danych meldunkowych. Jeszcze tylko 17 zł. Jest mega wygodnie bo bank spółdzielczy za rogiem. I już mogę wracać do Piaseczna. Stoję w korku i myślę o ciepłej wodzie w kranie. Wygląda na to, że albo jest internet i systemy, którą służą obywatelom albo ta woda. Trochę się teraz wkurzam ale woda to jednak ważniejsza jest !
Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 34 (czerwiec 2013) Proseeed

piątek, 7 czerwca 2013

Kryzys (myślenia przede wszystkim)


W zeszłym miesiącu pisałem o tym kiedy zakończyć się może trawiący znaczną część świata kryzys ekonomiczny. Postawiłem w tym felietonie śmiałą tezę odnośnie sposobu rozwiązania obecnych problemów, śmiałą na tyle, że ze spokojem siadam do pisania o tym jak do kryzysu się przyzwyczaić.

W świecie medycyny czy zdrowotnej profilaktyki coraz większego znaczenia nabiera myślenie, które zostało zdefiniowane jako „Evidence Based Medicine”.  Jest to odpowiedź na zalewające nas analizy, rekomendacje, rzekome wyniki badań, które sugerują spożywanie (lub odwrotnie) określonych pokarmów, wskazują na skuteczność (lub odwrotnie) określonych procedur medycznych itp. Jako laicy jesteśmy niestety podatni na wszelkiego rodzaju oszołomstwa, szczególnie gdy dotyczy to tak cennej rzeczy jak naszego (lub bliskich) zdrowia. Wydawało by się, że cała „nasza” zachodnia medycyna jest oparta o rzeczowo realizowane prace badawcze od setek lat. Okazuje się jednak, że czasem jakość badań i co za tym idzie zdolność do wyciągania daleko idących wniosków pozostawia często dużo do życzenia. Dodajmy do tego sponsorów (kto nie czytał o zdrowotnym wpływie picia wina w umiarkowanych ilościach ?), lobbing firm farmaceutycznych, interesy środowiskowe itp. i okazuje się, że metodyczne podejście do lepszego rozumienia naszego organizmu może mieć kluczowe znaczenie.

Dlaczego o tym piszę ? Mam nieodparte wrażenie, że w wiedzy o zarządzaniu biznesem mamy podobną sytuację co obecnie w medycynie. Niby jest to dziedzina na wskroś dwudziestowieczna (i dwudziestojednowieczna też) a poziom naszego rozumienia złożonej rzeczywistości wyznaczają czasem obiegowe opinie, nieuzasadnione w żaden sposób analizy czy opinie tzw guru. Zarządzanie należy oficjalnie do dziedziny nauk ekonomicznych ale jak poczytać sobie tu i ówdzie to znają się na zarządzaniu prawie wszyscy: psychologowie (a nawet terapeuci), oczywiście ekonomiści, socjologowie, ale też praktycy: przedsiębiorcy, inwestorzy itd.

Jeśli nie odczuliśmy na własnej skórze to przynajmniej przeczytaliśmy, że silne spowolnienie naszej gospodarki ma negatywny wpływ na wiele dziedzin życia społecznego i gospodarczego.  Więcej niż kiedykolwiek firm zmniejsza zatrudnienia, trudniej o podwyżki i awanse. Załóżmy, że jesteśmy pracownikiem i straciliśmy właśnie etat. Co nam mówią guru, duchowi przewodnicy i koledzy powtarzający obiegowe prawdy ? Powtarzają, że właściwie to dobrze bo otwierają się przed nami nowe perspektywy, wreszcie mamy szansę na to by się zrealizować. Przecież i tak męczyliśmy się w tej pracy, szef był idiotą (swoją drogą ciekawe, że bycie idiotą jest jedną z nielicznych cech łączących w opinii rzesz pracowników większość kierownictwa) Załóżmy, że jesteśmy przedsiębiorcą, który właśnie zwolnił rzeczonego osobnika ? O czym możemy przeczytać lub usłyszeć od znajomych po fachu ?  Dowiemy się, że realizujemy właściwe działania służące długotrwałemu wzrostowi wartości firmy, podejmujemy racjonalne decyzje dobrze odczytując sygnały płynące z rynku i podobne banialuki. Ba, nawet możemy się spróbować przekonać, że zwalniając realizujemy boski plan uczynienia życia naszych (zaraz byłych) pracowników lepszym – dajemy im szansę by lepiej realizowali się gdzieś indziej.

Wygląda na to, że kryzys nam chwilę jeszcze potowarzyszy. Może warto wykorzystać go przynajmniej do tego by rozumieć i akceptować fakty. Oczywiście, że są wśród spełnionych przedsiębiorców ci, którzy dziękują bogu za to, że zostali kiedyś pozbawieni etatu – bo właśnie ten impuls popchnął ich do robienia wielkich rzeczy. Ale dla większości utrata etatu to ponure wydarzenie osobiste i źródło problemów ekonomicznych. Fale zwolnień nawiedzające polskie firmy pewnie, że zmniejszają koszty i cieszą tym samym posiadaczy akcji. Ale przede wszystkim są świadectwem złych lub przynajmniej nieoptymalnych decyzji. Oczywiście, że nikt nie mógł przewiedzieć skali załamania popytu wewnętrznego i spadku PKB. Ale cykliczność zmian w gospodarce trudno uznać za specjalną nowość.


Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 33 (maj 2013) Proseeed


sobota, 11 maja 2013

Kedy skończy się kryzys?

Jak powszechnie wiadomo, Internet ułatwia życie. Cały czas wierzę, że bardziej niż utrudnia. Mam taką prywatną teorię, że obecność poczty elektronicznej (Internet w warstwie technologii komunikacyjnej, który na pewno ułatwia życie) tak nam spowszedniała, że nawet nie przychodzi nam do głowy, by ją jakoś specjalnie doceniać. Często natomiast przeceniamy wartość, jaką niesie za sobą Internet traktowany jako medium (i to jest właśnie ten „Internet”, który w mojej opinii życie może utrudniać). Nie zamierzam bynajmniej wypełnić mojego tekstu tezami Nicholasa Carr'a („The Shallows: What the Internet Is doing to our Brains”), który skupia się (w olbrzymim uproszczeniu) na tym, jak konsumpcja treści w Internecie wpływa na nasze procesy kognitywne, zdolność do koncentracji, kreatywność itp. Nawet gdy przyjmiemy, że zaczniemy konsumować media internetowe tak jak tradycyjne – czyli z większym namysłem i przy wyższym poziomie skupienia, bez ciągłego multitaskingu, skanowania jedynie nagłówków, naszej świadomości wzbudzanej każdą kolejną porcją wiadomości, które wygrywają wyłącznie nowością – to i tak nie rozwiążemy podstawowego kłopotu, który definiuję jako utrudnienie procesu decyzyjnego.

Przyjmijmy oczywiście, mam nadzieję, że zgodnie z oczekiwaniami czytelników „Proseed”, że informacje, które do nas docierają za pośrednictwem mediów wykorzystujemy (też) do podejmowania decyzji o charakterze biznesowym. Pamiętam jak przez mgłę, że na Wydziale Zarządzania UW mieliśmy zajęcia podejmujące kwestie informacji w biznesie, która w idealnej postaci miała być relewantna (czyli odnosząca siędo „naszego problemu”), aktualna i oczywiście prawdziwa.

I tutaj zaczyna się wspomniany wyżej problem, który dzielę na kilka podproblemów. Niezależnie od naszego merytorycznego przygotowania w Internecie mamy często dostęp do wiedzy na najwyższym poziomie. Jeśli interesuję się skutkami światowego kryzysu, mogę posłuchać lub przeczytać, co o nim sądzą nobliści, najlepsi analitycy i bankowi stratedzy. Ktoś mógłby powiedzieć – to rewelacja, źródło lepsze niż codzienna gazeta czy tygodnik, „krojone” pod zdolności percepcyjne przeciętnego użytkownika.

Ale ja piszę o zdolności do podejmowania właściwych decyzji... Do wiedzy o bardzo różnym poziomie dołóżmy więc jeszcze mnogość opinii, które pozwalają albo utwierdzić się w swoich przekonaniach, albo odwrotnie – zakwestionować dowolną tezę i punkt widzenia. Każdy autorytet ma naturalną zdolność do przyciągania uwagi i wpływania na naszą ocenę sytuacji. W gazecie lub telewizji możemy sobie zafundować dziennie kontakt z jednym, może kilkoma, „guru” od interesujące go nas zagadnienia. A w Internecie? Dodajmy do tego zanurzenie w mediach społecznościowych, które często stają się dla nas „bramą” do innych mediów. Nie chcę udawać, że znam się na regu łach, jakimi rządzą się grupy społeczne, ale zakładam, że nie będzie kontrowersyjnym stwierdzenie, że znajomi mają częściej niż rzadziej poglądy podobne do naszych własnych. A stąd prosta droga do stwierdzenia faktu – im częściej podążamy za inspiracjami znajomych, tym większe prawdopodobieństwo, że raczej utwierdzimy się we własnych opiniach, niż otworzymy na nowy sposób myślenia.

I tym samym dochodzimy do konkluzji, która nawiązuje do tytułu tego tekstu. Żeby podjąć właściwe decyzje, które mogłyby zakończyć lub skrócić okres kryzysu, decydenci muszą podejmować lepsze decyzje. A w tym celu muszą przestać korzystać z Internetu.


Pisane 1 kwietnia 2013 roku.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 32 (kwiecień 2013) Proseeed

poniedziałek, 18 marca 2013

Demografia


Startupy robią ludzie młodzi. W sumie wiadomo dlaczego – są to firmy, które dotykają nowych technologii, a ktoś, kto wychował się w świecie, w którym Internet i komórka były zawsze, będzie miał o tym świecie wiedzę nieporównywalnie większą niż osoba, która musiała „nauczyć się obsługi komputera”. Są też powody natury biologiczno-psychologicznej. Z upływem lat nie tylko ubywa sił fizycznych i chęci pracy w trybie całodobowym, lecz także zmniejsza się stopniowo wiara w możliwość zbawienia świata, dokonania przełomowego odkrycia czy zarobienia miliardów złotych. Nie mówiąc już o tym, że nieprzynoszenie co miesiąc pensji może skutecznie zmniejszyć nie tylko naszą wiarę we własne możliwości, lecz także odstraszyć potencjalnych życiowych partnerów. Wprawdzie biologię i uwarunkowania społeczne można oczywiście próbować wpierw przeczekać, a później próbować oszukać (lub na odwrót), ale zwykle dopadną one człowieka wcześniej, niż zrobi IPO lub/i sprzeda biznes Google za 100 mln dol. Na marginesie – to, o czym piszę powyżej, to także prozaiczne przyczyny, dla których w Polsce wciąż (i zapewne będzie tak jeszcze przez dekady) za najbardziej wartościowy etat uważana jest praca dla dużej korporacji. A najlepiej, by była nie tylko duża (bo stabilność), lecz także i fajna (bo ciekawi ludzie, rozwój itp.). Stąd we wszystkich rankingach najcenniejszych przyszłych pracodawców, tworzonych na podstawie głosów studentów, od lat znajdują się mniej więcej te same przedsiębiorstwa: Google, duże firmy konsultingowe (Ernst & Young, Accenture), IT (Microsoft, IBM) itp.
Do tego dochodzą jeszcze uwarunkowania ekonomiczno-historyczne. Kulturowe już sobie odpuszczę, bo wszyscy wiemy, że w naszym społeczeństwie tolerancja na porażki w biznesie jest mniej więcej taka, jak na inne przejawy odejścia od wzorca „biały-heteroseksualny-Polak-katolik”. Jesteśmy krajem ludzi nieszczególnie bogatych. Prawda naiwnie oczywista, ale mimo tego, co sądzimy o kompletnie samodzielnych i samowystarczalnych mieszkańcach Ameryki Północnej i bogatszej części Europy, to transfery finansowe od pokolenia rodziców dają niezbędną (także psychicznie) poduszkę, która może amortyzować seryjne bankructwa kolejnych nowych internetowych biznesów. Na koniec jest jeszcze historia (à propos – w którym innym kraju kilka popularnych tytułów dziennych i tygodników opinii wydaje regularnie dodatki… historyczne?), która każe nam walczyć o stabilizację. Stąd (na serio tak uważam) popularność kredytów hipotecznych w młodym pokoleniu. A jeśli komuś brakuje pomysłu na pracę magisterską, podaję gotową hipotezę, którą fajnie by udowodnić w skali międzynarodowej: liczba kredytów hipotecznych w pokoleniu osób w wieku 25–35 lat jest odwrotnie proporcjonalna do liczby założonych nowych przedsiębiorstw (nie licząc oczywiście takich, które pozwalają płacić 19% podatku zamiast 35%, bo tutaj Polska miałaby szansę stać się najbardziej przedsiębiorczym i zadłużonym krajem na świecie).
Startupy technologiczne są w zasięgu młodych ludzie także z prozaicznego powodu – potrzebne nakłady inwestycyjne są stosunkowo niskie, a koszty, tak sprzętu, jak i oprogramowania, wciąż spadają. I to się nie zmieni. Zmieni się to, że obecne pokolenie startupowców kiedyś będzie starsze. Część z tych osób zdoła zgromadzić przyzwoity kapitał, odchowa dzieci, pokorzysta z uroków życia i… dalej będzie inwestować czas i pieniądze w to, co nowe i ciekawe. Wierzę głęboko, że zanim świat podbiją nasze dzieci, usłyszymy o międzynarodowych sukcesach polskich internetowych przedsiębiorców średniego pokolenia.
Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 31 (marzec 2012) Proseeed 

poniedziałek, 25 lutego 2013

Magia liczb

W 1947 roku premier Polski, Józef Cyrankiewicz, skłaniał się ku skorzystaniu z amerykańskiej pomocy gospodarczej znanej jako plan Marshalla. Szybkie konsultacje ze Stalinem zaowocowały jednak konstatacją, że przyjęcie banknotów z podobiznami Franklina, Jeffersona i Lincolna nie mieści się w ramach obowiązującej ideologii. Biorąc pod uwagę, jak ci panowie zasłużyli się w historii, należy zauważyć, że nasz ówczesny premier nie grzeszył zmysłem politycznego realizmu. Dla przypomnienia, czym była wspomniana inicjatywa pomocowa, przytaczam garść informacji, m.in. za Wikipedią. Plan Marshalla (z ang. European Recovery Program) był programem Stanów Zjednoczonych służącym odbudowie gospodarek krajów Europy Zachodniej po II wojnie światowej. Plan został uchwalony przez Kongres Stanów Zjednoczonych 3 kwietnia 1948 roku (funkcję sekretarza stanu piastował wówczas „tytułowy” gen. George Marshall) i był realizowany przez ponad 3 lata: od kwietnia 1948 do roku 1951. W tym czasie przekazano około 13 mld dol. (odpowiednik co najmniej 107 mld dol. wziąwszy pod uwagę obecne ceny) w postaci pomocy technicznej i ekonomicznej, aby wesprzeć odbudowę gospodarek krajów europejskich, które dołączyły do Organizacji Europejskiej Współpracy Gospodarczej. Ślady rozterek Cyrankiewicza musiały mocno rezonować społecznie (por. np. „Dziennik 1954” Tyrmanda), dla wielu był to (słusznie, jak się okazało) zwiastun zamykającej się z łoskotem na wiele lat żelaznej kurtyny.

Z emocjami śledziłem doniesienia z ostatniego szczytu przywódców UE. W 66 rocznicę decyzji Józefa Cyrankiewicza premier Donald Tusk przywiózł 106 mld euro, jakie przyznała nam Unia Europejska na lata 2014–2020. Być może zabrzmi to patetycznie, ale tymi emocjami rządziło przeświadczenie, że na moich oczach dzieje się coś historycznego. Trudno oceniać wagę zdarzeń, które dzieją się tu i teraz. Niemniej ryzykuję tezę, że nie doceniamy wagi wsparcia unijnego w latach 2007– 2013 i kolejnego budżetu przewidzianego dla krajów członkowskich. Prasa a to narzeka na niepotrzebny aquapark w jakiejś dziurze, a to na łapówki przy autostradowych przetargach. Mamy jednak nadzwyczajną w historii naszego kraju (i to patrząc z perspektywy ostatnich kilkuset lat) szansę nie tylko na cywilizacyjny skok, lecz także na to, by już na zawsze przesunąć granicę Europy daleko na wschód. Dlaczego snuję takie ozważania na łamach „Proseeda”? Ano dlatego, że mam wrażenie, że podobnie jak nie jesteśmy świadomi doniosłości naszych czasów, nie doceniamy ważnego aspektu unijnej pomocy. Zniechęcające przykłady firm i osób, które z dotacji uczyniły sobie przyjemne źródła dochodu i nic ponadto, przesłaniają istotny fakt: ta pomoc nie będzie trwać wiecznie. Za nami 6 lat i a przed nami kolejne kilka na nowe inwestycje, badania i rozwój oraz współpracę ale środki te w końcu się skończą. Właśnie teraz jest czas, by korzystając z tego jedynego w swoim rodzaju wsparcia, inwestować, budować, tworzyć i rozwijać nowe biznesy. Dostęp do finansowania dobrych pomysłów był i znajdzie się zawsze, ale ci, którzy będą mieli ciekawe koncepcje nowych produktów, procesów i technologii, i otrzymają unijne (po części darmowe) wsparcie, mają realną szansę zbudować firmy nie na kilka miesięcy czy lat, ale na pokolenia.

Takiej szansy nie mieli nasi rodzice i zapewne nie będą już miały nasze dzieci.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 30 (luty 2013) Proseeed

środa, 23 stycznia 2013

Fiasko polskiej kosmonautyki

Jeden z moich ulubionych tematów prasowych, który jest odgrzewany w przypadkach braku dziennikarskiej weny, to kwestia, którą hasłowo można określić jako żal i biadolenie z powodu dotkliwego braku polskiego internetowego sukcesu, jaki za granicą został odniesiony np. przez Google. Chodzi o naszych krajowych przedsiębiorców, którzy, nie mając za grosz ambicji, pozbawieni wizji, ubodzy w kompetencje i umiejętności, za nic nie chcą zbudować globalnej marki – jeśli nie na miarę Facebooka czy Google’a, to choćby Instagrama. Gdzieś tam wspomina się ciepło o międzynarodowych sukcesach grupy Allegro, wskazuje się, że dobrze sobie radzą polskie odpowiedniki amerykańskich serwisów w rodzaju Naszej-klasy, ale ogólnie marazm i mizeria. Jeśli dobrze rozumiem publicystyczne zarzuty, to głównym problemem okazuje się wielkość naszego krajowego rynku. Duży lokalny rynek ma zmniejszać motywację do międzynarodowej ekspansji, w zupełności zaspokajając ambicje naszych biznesmenów. Nie dziwię się, że w gronie niezadowolonych z braku polskiego Instagrama znajdują się przedstawiciele funduszy VC. Sukcesy czeskiego AVG, węgierskiego Prezi, stworzonego w Estonii Skype’a zdają się uzasadniać tezę, że mniejsze kraje są skuteczniejsze w inkubacji firm, które podbijają światowy rynek. A zwrot z takich inwestycji musi budzić zrozumiałą frustrację polskich inwestorów.
Powyższa pisanina nie była do tego momentu w żaden sposób związana z tytułem mojego felietonu. A nie jest on przypadkowy, bo skoro frustracje budzi to, że krajowe technologiczne biznesy nie podbijają globu, to czemu nikt nie pisze o fiasku polskiej kosmonautyki? Mirosław Hermaszewski co prawda był blisko 35 lat temu w kosmosie, ale jednak na pokładzie rakiety Sojuz 30. Czemu Polacy nie wysłali nikogo na Księżyc? A skoro takie pytanie powoduje od razu śmiech, to dlaczego w Polsce nie ma producenta samolotów pasażerskich na miarę brazylijskiego Embraera? Czemu polska armia kupuje swojsko brzmiące Rosomaki, które powstają na licencji fińskiej Patrii? A skoro już jesteśmy na północy Europy – czemu w kraju, w którym jest 4 razy więcej ludności niż w Szwecji, nie mamy lokalnej marki producenta samochodów osobowych na miarę Volvo i Saaba (pal licho niedawne bankructwo tego ostatniego)? Chyba nie ma co sięgać po nieśmiertelny przykład sukcesu firmy Nokia, by jasne było to, co próbuję powiedzieć. Nieliczne przykłady sukcesów internetowych firm naszych sąsiadów traktuję raczej jako przypadki potwierdzające regułę, która brzmi: bez kolosalnych inwestycji w wiedzę, bez środowiska wspierającego innowacyjność, bez kapitału doświadczeń pochodzącego z wieloletniego rozwoju przemysłowo-technologicznego nie ma szans na budowę globalnych liderów.
I nie dotyczy to w mojej ocenie wyłącznie przedsięwzięć technologicznych. Od lat powtarzam, że nie ma co frustrować się tym, że Dolina Krzemowa jest jedna i nie do zreplikowania nigdzie indziej. Zanim powstał Facebook, Google, a wcześniej Intel i HP, rząd amerykański wydał tam niewyobrażalne środki na program zbrojeń, którego beneficjentami były funkcjonujące tam ośrodki akademickie i niezliczona liczba firm. Zanim powstała Nokia, fiński rząd nie szczędził grosza na edukację. Nie chcę, by powstało wrażenie, że wszystko co dobre zaczyna się od Keynesa i państwowych wydatków. Jednak przed Volvo, Saabem, Scanią była ruda żelaza w Kirunie i silne tradycje przemysłu maszynowego. Polscy przedsiębiorcy zachowują się rozsądnie, budując wpierw mocną obecność na krajowym rynku. Ich rolą nie jest zaspokajanie ambicji inwestorów co do wysokości IRR, a tworzenie trwałej wartości. A to, czy będziemy w stanie pochwalić się większą liczbą międzynarodowych sukcesów, jest pochodną wielu czynników. Wielkość rynku ani nasze ambicje nie grają jednak niestety większej roli.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 29 (styczeń 2012) Proseeed

wtorek, 1 stycznia 2013

WWW czyli Ważny Wysoki Wzrost

Psychologowie są zgodni, bo łatwo tutaj o miarodajne wyniki badań: wysoki wzrost służy jednostkom nim obdarzonym. Wysokim łatwiej zdobyć atrakcyjnego partnera, zarabiają więcej i szybciej awansują.
A co ze wzrostem firm? Wydaje się, że tutaj też nie ma żadnych wątpliwości. Większość rozmów z tymi, którzy trzymają w rękach portfele i mogą ich zawartością wspomóc przedsiębiorcę, zaczyna się od pytania o możliwe do osiągnięcia tempo wzrostu, a kończy na dociekaniach odnoszących się do wysokości marż. Czasem mam wrażenie, że pozostałe pytania inwestorów to już wyłącznie kurtuazja albo rodzaj intelektualnej rozrywki związanej z poznawaniem różnych biznesów.
Czyli jedyne, co może interesować szefów i właścicieli firm, to osiągnięcie jak najszybszego tempa rozwoju dzięki szukaniu atrakcyjnych rynków, budowanie przewagi konkurencyjnej poprzez lepsze produkty i usługi, rozwijanie organizacji tak, by była w stanie wytrzymać wysoką dynamikę rozwoju.
Niezliczona liczba nagród, rankingów, zainteresowanie prasy i konkurencji – to wszystko koncentruje się wokół wzrostu, który rozumiany jest czysto ekonomicznie: jako rosnące przychody i zyski. Wzrost jest dobry i jest dowodem kompetencji menadżerów. Brak wzrostu, a już szczególnie spadki, są powodem, by poszukać bardziej profesjonalnych zarządców.
Na tych szpaltach nie ma miejsca na to, by zmierzyć się z podstawami takiego myślenia. Ale powiedzmy dla porządku, że to nie jest idea ogólnoświatowa. Jesteśmy w tym podejściu nieodrodnymi dziećmi naszej kultury. Naszej, czyli zachodniej. Skrót myślowy pomiędzy Kartezjuszem a rewolucją przemysłową jest pewnie skandalicznym pomysłem retorycznym. Ale bez postawienia na piedestale myślenia naukowo-racjonalnego, jako jedynego dopuszczalnego, nie byłoby dramatycznego postępu technicznego i idącego za tym rozwoju społecznego. Niemniej to wszystko powoduje, że trudno nam dziś kwestionować takie aksjomaty jak dobro pochodzące ze wzrostu.
Osobiście nie lubię takiego myślenia. Bliższe jest mi podejście, w którym, tak w życiu jak i w biznesie, szukamy zrównoważonego rozwoju. Znaczenie słowa „rozwój” nie może być przy tym ograniczone wyłącznie do cyferek. Bo prymat liczb pozwala nam uprościć i ułatwić sobie życie. Niebotyczna wycena Apple zasłania armię nisko opłacanych i skandalicznie traktowanych Chińczyków. Nieprawdopodobne tempo wzrostu Facebooka odwraca uwagę od notorycznie łamanych praw ochrony naszej prywatności.
Pod tym względem zrównoważony rozwój jest trudniejszym wyzwaniem. Bo wymaga, byśmy myśleli nie tylko o swoich udziałowcach (lub wartości własnych udziałów), wysokości swojej pensji i premii. Każe nam, przedsiębiorcom, szefom, liderom myśleć o wartościach, każe zastanawiać się nad tym, jak nasze działania wpływają na innych, jaki mają skutek społeczny. W biznesie nie ma łatwych decyzji nawet, jeśli darujemy sobie pryzmat społeczno-etyczny. Każdy, kto kiedykolwiek stanął przed koniecznością zwolnienia pracownika, doskonale to rozumie. Ale paradoksalnie nawet w tak trudnej sytuacji dodanie do naszego myślenia szerszego kontekstu może pomóc podjąć lepszą decyzję. Lepszą, co niekoniecznie oznacza taką, która przyspieszy nasz wzrost.

PS Tomáš Sedláček, czeski ekonomista, popełnił książkę pt. „Ekonomia dobra i zła”. Polecam tym wszystkim, którzy nie wierzą we wzrost dla samego wzrostu.

Niniejszy tekst oryginalnie ukazał się w numerze 28 (grudzień 2012) Proseeed