niedziela, 2 grudnia 2012

Rzeczpospolita reklamowa

W ostatnim Uważam Rze Jacek i Michał Karnowscy przeprowadzili wywiad z Wojciechem Reszczyńskim  - dziennikarzem ale także (m.in.) założycielem i prezesem Radia WaWa.  Boję się, że odbiorcy moich tekstów i regularni czytelnicy tego periodyku to zbiory rozdzielne także pozwoliłem sobie przytoczyć najważniejsze tezy interlokutora przesłuchiwanego przez znakomite dziennikarskie rodzeństwo. Oto one:  "Nie przewidziałem, że agencje reklamowe reprezentujące swoich klientów, będą prowadziły własną politykę reklamową wspierania lewicowych, postkomunistycznych mediów" i dalej "Agencje i reklamowe i domy mediowe tworzyli w latach 90, w olbrzymiej większości, potomkowie tych, którzy wyjechali z Polski w roku 1968. Po upadku PRL mieli zdobytą na Zachodzie wiedzę, wykształcenie, a także pieniądze na start oraz swoje rodzinne sympatie i fobie. Do dziś decydują, do kogo popłyną pieniądze, a do kogo nie. Dlatego wspierają media im bliskie a pozostałe blokują. Ale kłopot z mediami mamy oczywiście nie tylko my. Podobnie jest w innych krajach postkomunistycznych, W Czechach, na Słowacji, na Węgrzech. W tych wszystkich krajach medialny kapitał zachodni, zwłaszcza niemiecki służy utrwaleniu słabości tych państw, a nie ich wzmocnieniu. "
Mam w sumie jeden jedyny komentarz do tego co powyżej. Chciałbym by nasza branża była tak ideowa jak widzi to Wojciech Reszczyński. Litościwie pomińmy kwestie samych idei, szczególnie takich jakie rodzą się w głowie tego pana. 

wtorek, 20 listopada 2012

Rekrutując kulturalnie

W czasach licealnych w dobrym tonie było chwalenie się przeczytaniem trudniejszej lektury tudzież wtrącanie niezbyt zrozumiałego, ale mądrze brzmiącego zdania. Poza przyznawaniem się do czytania „Wilka stepowego” Hermanna Hessego pamiętam, że zdarzało mi się wspominać o „niezgodności kulturowej na poziomie archetypów”. Podejrzewam, że kiedy miałem naście lat, niewiele rozumiałem z tego, co pisał autor „Siddharthy”, a o archetypach kulturowych dalej wiem niedużo.
Wyobrażam sobie, że większość młodych przedsiębiorców, która miała to nieszczęście i zamiast zdobyć konkretny zawód wybrała studia na SGH lub zarządzanie, nasłuchała się o kulturze organizacji. Przy czym zajmując się własnym biznesem lub pracując w niedużej organizacji, sądzi obecnie, że jest to zagadnienie interesujące dla dużych i stabilnych firm. Kto mając na głowie dopracowywanie produktu, aktywną sprzedaż i zarządzanie gotówką ma luksus myślenia o kulturze organizacji? Jednak brak takiej refleksji nie oznacza, że mikro lub małe przedsiębiorstwa nie mają swojego założycielskiego mitu, własnych sposobów zachowania, odrębnej tożsamości, zestawu wartości czy innych elementów składających się na kulturę danej organizacji. Większość istotnych słów szefa, każde zachowanie, które jest tolerowane (lub nie), wartości, którym hołdujemy, to wszystko łączy pracowników firmy w poczuciu tego, że są
odrębną wspólnotą, która, poza indywidualnymi celami poszczególnych osób, dokądś podąża, ma jakiś sens istnienia, chce coś dać światu. Pracuję w K2 od 12 lat i prawie każdego roku obserwuję, jak z rynku znika firma, która miała nadzwyczaj ambitne cele, by rosnąć, zarabiać pieniądze, a właścicieli uczynić bogatymi.
Skoro wspomniałem już o pracy w K2, to niestety, ku niezaspokojeniu własnych narcystycznych pragnień, niewiele jest porywających opowieści o moich nadzwyczaj mądrych posunięciach. Niemniej raz na jakiś czas słyszę żarty z rekrutacji, które przeprowadziłem – właściwie wszyscy obecni menadżerowie w firmie spotkali się ze mną, zanim zostali zatrudnieni. Dzisiaj opowiadają ze śmiechem o tym, że nikt wcześniej nie zadał im tak dziwnego zestawu pytań, m.in.: o posiadanie rodzeństwa, wykształcenie i zawody rodziców, zainteresowanie sportem itp. Za każdym razem pytania były inne i dość przypadkowe. Dopiero dziś rozumiem, że intuicyjnie szukałem w kandydatach tego wszystkiego, co mogą mieć wspólnego z firmowymi (i w jakiś sensie moimi) przekonaniami i wartościami.
Na samym początku wspomniałem licealne wymądrzanie się na temat archetypów. Racjonalny świat biznesu z trudem akceptuje wagę symboli, nieświadomych motywacji, przypadkowości. Wierzę, że jedynie osadzenie we wspólnym świecie wartości daje szansę na zbudowanie trwałej organizacji. Podam dowód najbardziej trywialny z możliwych. Jeśli spytacie kandydata, czy toleruje kradzież, odpowiedź będzie oczywiście przecząca. Ale cnota taka jak uczciwość dla jednego oznacza mniej więcej tyle, że nie można ukraść komputera z firmy. Dla kogoś innego będzie to imperatyw moralny, który zakazuje także jeżdżenia na gapę, oszustw podatkowych i nieuczciwego zdobywania kontraktów…
Rzecz jasna nasze przekonania, sposoby zachowania,
a nawet wartości, jakim hołdujemy, mogą się zmieniać. Jednak ja pozwalam sobie być pesymistą w ocenie tego, jak mocno i trwale można zmienić pod tym względem pracownika czy biznesowego partnera.

Powyższy tekst ukazał się w oryginale w Proseed (nr 27 z listopada 2012r.)

czwartek, 18 października 2012

Startup AD 1944

1 sierpnia o godzinie 17.00 w Warszawie jak zwykle zawyły syreny. Nie chciałbym wypowiedzieć żadnej nierozsądnej uwagi, która mogłaby być uznana za brak szacunku dla młodych ludzi walczących i ginących w 1944 roku. Jednak im dłużej zastanawiam się, kim byli powstańcy, tym bardziej wydaje mi się, że gdyby żyli dziś, zajmowaliby się tworzeniem nowych internetowych przedsięwzięć. Mimo że moja wiedza historyczna jest niepogłębiona i niekompletna, nie mam żadnych wątpliwości, że wielu powstańców to były osoby młode – studenci, ale także uczniowie liceów czy gimnazjów – siłą rzeczy wykształcone, raczej mieszkające w miastach. Ta sylwetka odpowiada również młodemu twórcy przedsięwzięć internetowych. Na tym podobieństwa się nie kończą – zarówno młodzi AD 1944, i jak AD 2012 gotowi byli/są, by poza strukturami, poza systemem poświęcać energię i czas na tworzenie czegoś zupełnie nowego. To poświęcenie oznaczało
i wciąż oznacza, że na dalszy plan mogą iść sprawy prywatne, rodzinne itp. Bo ważna jest Sprawa – czymkolwiek by ona była. Raczej przeczuwam, niż opieram się na konkretnych faktach, ale przynajmniej część żołnierzy Armii Krajowej była fanami nowych (wtedy) technologii. Inaczej nie funkcjonowałyby podziemne radiostacje, nielegalne rusznikarnie, a studia na Politechnice Warszawskiej w ramach tajnych kompletów nie cieszyłyby się taką popularnością. I wtedy, i dziś innowacje nie dotyczyły wyłącznie spraw technicznych. Chodziło i wciąż chodzi o pomysłowość i otwartość na zmiany dotyczące organizacji, sposobów komunikacji, zarządzania itp.
Pozwalam sobie na taką paralelę bynajmniej nie po to, by właściciele, zarządzający i pracownicy startupów doznali błogiego poczucia niezwykłości polegającej na podobieństwie do postaw i zachowań ludzi, których historia postawiła w panteonie współczesnych herosów. Moje motywacje są wręcz odwrotne. Jest jedna zasadnicza i kilka pomniejszych różnic pomiędzy postawami jednych
i drugich. Nie potrafię przyjąć inaczej niż z głębokim szacunkiem i dumą, że tysiące młodych Polaków podczas drugiej wojny światowej miało odwagę ryzykować, a często po prostu oddać życie w imię czystej idei. Ta idea dotyczyła zasadniczo jednej sprawy – byśmy mieli własne, niepodległe państwo. To wszystko, o czym mówiłem wcześniej, czyli wiedza, kompetencje, zaangażowanie, innowacje, pomysłowość, miało jeden wielki cel – walkę z okupantem o wolność. Dziś, kiedy paleta wyborów jest nieskończenie szeroka, paradoksalnie można zazdrościć młodym powstańcom życia w świecie prostych opcji i ich szybkich konsekwencji. Niemniej nie potrafię zrozumieć, dlaczego tak niewielu internetowych przedsiębiorców myśli o tym, by uczynić świat lepszym, a tak liczni – o wycenie przy n-tej rundzie finansowania i potencjalnych profitach z wyjścia z inwestycji. Dlaczego mało kto myśli o pozyskaniu kapitału, by osiągnąć coś naprawdę spektakularnego, a tak wielu podnieca się wirtualnymi pieniędzmi w postaci wyceny akcji na NewConnect?
I jeszcze jedno. Do tego, by funkcjonowało podziemne państwo, potrzebne było pełne zaufanie do kolegów. Ile dziś mamy zaufania i chęci, by dzielić się doświadczeniem i wiedzą z innymi – w imię rozwoju całego rynku, bez koncentrowania się przez cały czas wyłącznie na własnym biznesie? Z takimi myślami wracam do heroizmu młodych powstańców i nie wiem, czy patrzyliby na swoich dzisiejszych rówieśników ze zrozumieniem i akceptacją.

Powyższy tekst oryginalnie okazał się w Proseed (nr 26, 10/2012)


niedziela, 14 października 2012

Internety robię, z przewagą butów

W zeszłym tygodniu miałem przyjemność, po raz kolejny, udawać osobę, która zna się na internetowych biznesach. Występowałem jako mentor w organizowanym przez Gazeta.pl start-upowym konkursie. Właściciel Gazeta.pl jest ostatnio łatwym chłopcem do bicia - w kontekście ich wyników finansowych, wyceny na giełdzie czy rynkowych perspektyw. Niemniej pozostaje niedoścignionym wzorem (w mojej przynajmniej opinii) jak media mogą w inteligentny sposób łączyć cele biznesowe z działalnością "misyjną". Podobnie patrzę na StartupFest - wielkie brawa dla Pawła Wujca, Maćka Wichy i wszystkich innych z zespołu Gazeta.pl, którym chce się angażować w tak dobre przedsięwzięcie. Dobre pewnie i dla organizatorów ale przede wszystkim świetne dla młodych przedsiębiorców. O tym jakie konkretne znaczenie może mieć udział i sukces w takim konkursie bardzo bezpośrednio wyłożył w zeszły czwartek Arek Skuza (SaveUp - zeszłoroczny zwycięzca StartupFest).
Tegoroczny zwycięzca czyli Fun in Design jest prawdziwie nowym przedsięwzięciem. Na swojej stronie internetowej jako datę uruchomienia podają 3 października 2011 r. - tym bardziej spektakularny jest więc ich sukces, w sytuacji kiedy konkurowali z kilkoma bardziej "okrzepłymi" firmami. Pamiętam jak kilka lat temu zawrotną karierę - przynajmniej w mediach - robiła idea "mass customization". Internet jest wymarzonym narzędziem by konsument sam projektował sobie produkt a coraz mądrzejsze urządzenia i procesy produkcyjne pozwalają na to by jego cena nie różniła się znacząco od tej osiąganej w masowej produkcji. Taki model jest istotą funkcjonowania - Fun in Design pozwala otóż projektować sobie buty. Są to oczywiście głównie buty dla pań ale sztyblety okazały się na tyle uniwersalnym modelem obuwia, że także panowie mogą pobawić się w wybór koloru skóry, rodzaju podeszwy czy sposobu szycia.
Nie ukrywam, że zwycięzca tegorocznej edycji konkursu był także moim faworytem. Poziom tegorocznych finalistów był, w mojej ocenie, wyższy niż rok temu. Mniej było być może rewolucyjnych pomysłów ale więcej dobrze przemyślanych biznesów. Gdyby przyłożyć takie kryteria jak poziom zaawansowania technologicznego czy rewolucyjność konceptu to Fun in Design nie miałby szans na miejsce na podium. To co mnie w nim osobiście urzeka to bardzo konkretna wartość dla konsumenta osadzona w naszych realiach gospodarczych. A te realia to po prostu nisko-kosztowa produkcja przy zachowaniu przyzwoitej jakości. Nie będziemy w Polsce nigdy konkurencją dla producentów butów z Chin. Ale spokojnie możemy zaopatrywać całą Europę w fikuśne buty po 100 Euro za parę.
Tak wygląda przynajmniej strona racjonalna moich przemyśleń nad wyborem najlepszych start-upów. Zastanawiam się jednak na ile na moje ale także innych mentorów wybory wpłynęło najnormalniejsze zmęczenie wirtualnym światem. Zakładam, że wielu z nas część zawodowej aktywności poświęca na zrozumienie coraz bardziej skomplikowanych, coraz bardziej abstrakcyjnych modeli biznesowych. A tutaj wreszcie ktoś przychodzi z czymś prostym, wdzięcznym i zrozumiałym. Także reasumując: internety robię z zawodowej konieczności. Buty lub cokolwiek innego, ale realnego, dla przyjemności


poniedziałek, 30 lipca 2012

Pudelek vs Plotek: zawody odwołane

Napisałem przed planowaną sprzedażą akcji przez O2 krótką notkę o ich (pożądanej) wycenie w porównaniu do obecnej kapitalizacji Agory. W świetle tego co wydarzyło się w piątek (O2 wycofało się z planowanej oferty publicznej ze względu na brak wystarczającego popytu przy oczekiwanej cenie akcji) wykres dokładnie pokazywał problem. Albo oczekiwania właścicieli odnośnie wyceny były nierealne albo rynek generalnie nie docenia obecnie biznesów z branży medialnej.  Dla każdego chyba jest jasne, że O2 ma seksowniejszy model prowadzenia biznesu niż Agora (tylko internet, nisko-kosztowa struktura). Niemniej portale z grupy gazeta.pl są wyżej w Megapanelu niż cała grupa O2. Agora ma też pokaźną liczbę wartościowych biznesów: prasę, kina, radio, outdoor. Nawet uwzględniając, że - patrząc z zewnątrz - rozwój ich działalności internetowej wygląda na robiony "mimo" posiadania tych innych aktywów a nie w "synergii" to nie widzę jak ekonomicznie udało by się uzasadnić relatywnie niedużą różnicę wyceny z grupą O2.

Być może na wycenę Agory i brak entuzjazmu co do kupna akcji O2 wpływa coś jeszcze poza spodziewanym marazmem na rynku mediowym. Pierwsze trzy miejsca w wynikach Megapanelu zajmują Google, Facebook i Youtube. Który konkretnie ma ucierpieć z powodu gorszych warunków ekonomicznych w Polsce ?

PS. Dziś zmieniłem zasady komentowania na moim blogu. Z trudem pogodziłem się, że nie każdy musi mnie kochać tudzież zgadzać się z moimi poglądami. Niemniej komentowanie w anonimowy sposób zbyt często wyzwala jakieś złe emocje, także albo może przede wszystkim u mnie :)
Także każda uwaga i komentarz mile widziane. Byle z podpisem.

środa, 18 lipca 2012

Pudelek vs Plotek, ring: GPW

Uwzględniając dzisiejszą wartość rynkową Agory tudzież zakładając, że O2 uzyska maksymalną cenę przy podanych dzisiaj planach sprzedaży akcji na GPW wyceny obu spółek wyglądały by tak:

Można pewnie w tym kontekście napisać by morze słów. Ale mam nadzieję, że wykres wystarczy...

niedziela, 15 lipca 2012

Będąc klaksonem

W jednym z ostatnich Wired znalazłem krótką acz ciekawą notkę na temat...korzystania z sygnału dźwiękowego w samochodzie. Zdaje się, że kiedy zdawałem egzamin na prawo jazdy to sygnał dźwiękowy był klaksonem. Nieważne, chodzi przecież o co innego. W całym cywilizowanym świecie nie można korzystać z klaksonu w obrębie terenu zabudowanego. Ale ktoś ciekawski zrobił badania i stwierdził, że w takich Stanach Zjednoczonych kierowcy są skorzy łamać ten zakaz i trąbić na innych, którzy nie zatrzymują się przed znakiem "stop". Inaczej niż w Europie gdzie pewnie i trąbi się na innych całkiem często ale raczej w celach mniej "społecznych" a bardziej partykularnych. Sprawa wygląda na banalną ale wytłumaczenie tego fenomenu które znalazłem w Wired jest następujące: w społeczeństwach gdzie jest wysoki poziom zaufania i powszechna jest akceptacja istotnych norm wyznaczających zasady współżycia społecznego, ludzie są skłonni ryzykować (łamiąc inny przepis) by piętnować tych, którzy do tych istotnych zasad się nie stosują. Inaczej niż w Europie gdzie najwyraźniej te więzi są słabsze...

Tak się złożyło, że ostatnio osobiście lub jako K2, miałem okazję by porządnie zatrąbić. A, że efekty tego trąbienia nie były jakoś szczególnie sympatyczne ucieszyłem się z artykułu w Wired. Wygląda na to, że są to po prostu koszty wykorzystania klaksonu wśród ludzi, z których najwyraźniej pokaźna część ma w nosie nie tylko podstawowe normy umożliwiające prowadzenie biznesu (jak zaufanie) ale w ogóle tak podstawowe wartości jak elementarną uczciwość. Druga zaś lekcja, jaką odebrałem ostatnio, jest taka, że trzeba być szczególnie uważnym przy rozmowach o wartościach. Bo komuś (jak niżej podpisanemu) może się wydawać, że uczciwość to bezwzględna norma moralna. A później zaskoczenie bo okazuje się, że dla kogoś innego to nakaz "selektywny", który co prawda zabrania zabrać portfel koledze ale "podrasowanie" podstawy premii to jedynie odzyskiwanie wynagrodzenia, na które przecież się zasłużyło.

Trzecia i ostatnia lekcja jest taka, że gdyby nam i innym chciało się korzystać z klaksonu częściej żylibyśmy w lepszym świecie.

wtorek, 5 czerwca 2012

Z flagą przed i po

Zawiesiłem na samochodzie flagę Polski. Po raz pierwszy w życiu udzielił mi się szał związany z dużą sportową imprezą z udziałem naszej narodowej drużyny. Przynajmniej tak mi się na początku wydawało. Im dłużej słyszałem jej łopot tym coraz wyraźniej zdawałem sobie sprawę, że tym razem nie chodzi o piłkę.

Pamiętam, że w trakcie pierwszej wakacyjnej pracy w Sztokholmie, wizyta w barze McDonald's była celebrowaną z nabożeństwem przyjemnością. Przyjemnością, którą dzięki ciągłemu przeliczaniu koron na złotówki, dawkowaliśmy sobie w liczbie dwóch - trzech razy w trakcie 3 miesięcznego pobytu. Tak wyglądał mój pierwszy dłuższy pobyt w innym, lepszym świecie. Jaki to ma związek z flagą ? Ano taki, że flaga jest dla mnie demonstracją nie tylko duchowej łączności z piłkarską rodziną ale także znakiem narodowej dumy. Wtedy, ponad dwadzieścia lat temu, dziwiłem się, że Szwedzi mają maszty z flagami na trawnikach przed domami. A od tamtej pory nie przyszło mi do głowy by tak na serio być dumnym z tego, że jestem stąd. Było całkiem przeciwnie. Pracowałem długo nad angielskim by gdzieś tam daleko, choćby w Stanach, być rozpoznawanym po akcencie jako (nomen, omen) Szwed lub Duńczyk (pewnie rysy gęby też mi pomagały...). Wielokrotnie zdarzało mi się unikać za granicą towarzystwa rodaków by bezpieczniej uchodzić za jakiegoś trudno definiowalnego "europejczyka" niż Polaka. Każdy powrót z zagranicy utwierdzał mnie w przekonaniu, że tu jest szaro, brzydko, smutno. Że jesteśmy pod każdym względem gorsi, niezdolni do stworzenia sprawnego państwa i takich struktur społecznych, które oparte będą o poszanowanie, współpracę i troskę o wspólne dobra. Wstydziłem się być Polakiem, w ten pokrętny ale typowy dla naszego pokolenia sposób, który łączył prawdziwe kompleksy z nieprawdziwymi powodami by innych obdarowywać poczuciem wyższości.

Nie przypominam sobie nagłego przełomu ani pojedynczego zdarzenia a raczej stopniowe dojrzewanie zadziwiającej myśli, że fajnie jest być Polakiem. Nie trzeba być ekspertem ekonomicznym by rozumieć, że "Zielona wyspa" to szczęśliwe złożenie wielu czynników, z dużym udziałem bożej łaski. Ale faktem jest, że transformacja gospodarcza ostatniego dwudziestolecia jest sukcesem, którego mogą nam pozazdrościć wszyscy (kiedyś) socjalistyczni sąsiedzi. Każdy kto zajmuje się biznesem, po tym jak skończy narzekać, przyzna że dziś prowadzi się interesy łatwiej niż kilka czy kilkanaście lat temu. Bo otoczenie prawne nie jest najgorsze a urzędnicy coraz częściej są pomocni a rzadziej nadąsani. Nasze społeczeństwo nie jest aż tak kastowe jak społeczeństwa innych bogatszych krajów Europy. Mimo rozwarstwienia dochodowego i wyjątkowo niesprawiedliwych warunków dla edukacji i rozwoju dla osób, które nie mają szczęścia urodzić się w dużym mieście w rodzinie o przyzwoitych dochodach, wciąż łatwiej, w mojej ocenie, o awans społeczny właśnie w Polsce. Nasz kraj zmieniły nie tylko lepsze drogi, lotniska i dworce, ale także nowe pokolenia ludzi, którzy są bardziej tolerancyjni i otwarci na świat.

Rok 2008 i kolejne wyleczył mnie za to zupełnie z bezgranicznej wiary w bezwarunkowo stosowane liberalne podejście do gospodarki. Okazało się bowiem, że kapitał ma wciąż narodowość a interesy globalnych koncernów przekładają się na decyzje polityków, którzy potrafią włączyć ręczne sterowanie finansowymi przepływami. Dlatego nie cieszą mnie zachwyty polityków i dziennikarzy, że blisko 100 tys. osób pracuje w Polsce w centrach BPO. Nie chciałbym być źle zrozumiany bo pracują tam zapewne świetni ludzie, mają przyzwoite warunki i szanse na rozwój. Tyle, że w naszym wspólnym interesie było by znaleźć dla tych ludzi zatrudnienie tam gdzie mogą rozwijać polskie marki, polski know-how, polskie wynalazki. Bo od tego, w olbrzymim uproszczeniu, zależeć będzie w dłuższym okresie i wysokość naszych emerytur i szanse na ciekawe życie naszych dzieci.

W taki właśnie sposób stałem się polskim patriotą. Jakkolwiek by nie zabrzmiało to patetycznie to takie patriotyczne myślenie w naszej firmie jest dość popularne. Kilka razy pytaliśmy się wzajemnie w gronie szerokiego kierownictwa K2 czy chcemy być niezależni i za każdym razem odpowiedź była twierdząca. I tak konsekwentnie odrzuciliśmy w ostatnich dziesięciu latach wszystkie oferty przejęcie przez zagraniczne holdingi reklamowe. Dlatego zawiesiłem sobie fajną flagę na samochodzie (nota bene szwedzkim - to jakieś fatum). I dlatego nie zdejmę jej do końca miesiąca. Niezależnie od tego czy pierwszy i kolejne mecze wygramy czy też nie. 

PS. Dziękuje Łukaszowi za inspirację do napisania tego tekstu 

niedziela, 22 kwietnia 2012

iKonkurs

Tak sobie myślę, że autobiografię Steva Jobsa przeczytał w Polsce prawie każdy kto zajmuje się biznesem. I szefowie wielkich firm i początkujący przedsiębiorcy. Miał facet arcy ciekawe życie także każdy tam znajdzie coś dla siebie - i osoba pasjonująca się dietetyką i osoby poszukujące odpowiedzi na pytanie czy narkotyki to samo zło. Spędziłem ostatnie 12 lat swojego życia zawodowego w firmie, której istotna część działalności to reklama także nic dziwnego, że z wypiekami na twarzy czytałem o kulisach powstania reklam Apple - szczególnie tych, traktowanych dziś jak ikony. I taka mnie naszła dziś refleksja, że sprawdzę wśród tych moich czytelników, którzy przebrnęli przez książkę,  jak to jest u nich z czytaniem ze zrozumieniem:

1. Najważniejsze koncepty reklamowe Apple powstały:
a) w wyniku przetargu, do którego zaproszono 5 agencji, koncepty oceniała przez 3 miesiące komisja a ceny dyktował dział zakupów
b) jako efekt zaangażowania i bliskiej współpracy CEO i najbliższego grona współpracowników z zespołem agencji reklamowej

2. Współpraca z agencją reklamową
a) miała charakter projektowy, w myśl zasady "co prawda mamy stałą umowę o współpracy ale chcemy sprawdzić także z jakimi pomysłami przyjdą inne agencje"
b) miała charakter długoterminowy do tego stopnia, że kluczowe osoby współpracowały z Apple mimo, że zmieniały się marki agencji, które ich zatrudniały

Dla tych, którzy dali radę z pytaniami nr 1 i 2 mam też trudniejsze pytania nr 3 i 4:

3. Gdzie jest więcej korupcji na styku agencja - klient ?
a) w USA
b) w Polsce

4. Gdzie generalnie powstają lepsze reklamy ?
a) w Polsce
b) w USA

Czuję, że ten konkurs jest po prostu banalny, więc na koniec najtrudniejsze pytanie:

5. Jak znaleźć motywację na następne 12 lat do tego by współtworzyć firmę, której pracownikom zależy na czymś więcej niż pensji i zrobieniu odpowiedniego wyniku co kwartał ?




PS. Kryptoreklama: Steve Jobs w Audioteka - na wypadek jeśli ktoś nie czytał/słuchał

niedziela, 11 marca 2012

Mucha nie siada

Tym razem będzie mało interaktywnie ale za to emocjonalnie. Do tej pory Pani Joanna Mucha kojarzyła mi się głównie z pomysłem by tytułowaną ją "Ministrą". Językoznawcy w Wyborczej wypowiedzieli się co prawda, że takiego słowa nie ma ale co tam, ważne są intencję (nota bene w moim przekonaniu słuszne, bo męski szowinizm w biznesie ma się dobrze). Tym z większym zaciekawieniem przeczytałem w weekendowym wydaniu Gazety Wyborczej wywiad z p. Ministrą (a co tam, jeśli moitoring mediów w Ministerstwie Sportu i Turystyki sięga tak daleko jak do mojego bloga to będzie jej miło, przynajmniej do tego momentu). Początek wielce zachęcający - okazuje się, że p. Ministra ukończyła Wydział Zarządzania UW - emocjonalnie mi bliski. Jak sama mówi dalej w wywiadzie "...wyszłam spod skrzydeł prof. Obłója, jednego z najlepszych specjalistów w Polsce od zarządzania". Nic dodać nić ująć. Gdyby nie inspirujące wykłady p. prof. Obłója na pewno nie przyszedł by mi do głowy pomysł by zaangażować się w K2! Ale dalej niestety pada pytanie "Jak to było z premią dla prezesa Kaplera ? Najpierw pani mówiła, że umów się dotrzymuje, potem mu zawiesiła. I za jedno i za drugie dostała pani cięgi. Teraz mówią, że premia się Kaplerowi należy, bo jednak ten stadion to sukces". I teraz odpowiedź p. Ministry: "To była nietypowa sytuacja. Umów należy dotrzymywać, ale ta umowa jest wyjątkowo źle skonstruowana. Nie mogłam podjąć innej decyzji" (podkreślenie moje). Czytam raz i drugi i zdaje się, że rozumiem to co Pani Ministra powiedziała właściwie. Wywiad na 100% był autoryzowany więc to jest prawdziwa głębia myśli p. Ministry. A teraz obiecana część emocjonalna. Mógłbym napisać teraz 100 zdań o tym jak takie brednie niszczą zaufanie społeczne. Jeśli minister nie musi respektować umów to dlaczego my musimy ? Mógłbym napisać ze 100 zdań o tym, że na Wydziale Zarządzania uczą jak rozwiązywać konflikty, nie pamiętam by dialog za pomocą mediów był jakoś szczególnie rekomendowany. Mógłbym napisać za 100 zdań, o tym jaki to jest przykład kompletnej indolencji jeśli chodzi o kwestie związane z zarządzaniem zespołem (jak rozumiem p. Kapler de facto jest/był podwładnym p. Ministry). Ale napiszę tylko jedno. W języku polskim jest szczęśliwie żeńska forma od słowa "ignorant".

piątek, 9 marca 2012

Geotargetowanie

Mój drogi kolega (jeszcze z ławy szkolnej) podesłał mi takie oto zdjęcie zrobione na wyciągu krzesełkowym gdzieś w Val di Fiemme:













Jest to ni mniej ni więcej tylko naklejka, która zdobiła jeden z ok. 30 kubków rozdanych w K2 menedżerom z okazji Gwiazdki w zeszłym roku (tak, wiem nie rozpieszczamy ich specjalnie...).
Przez jakiś czas próbowałem sobie w głowie wyobrazić prawdopodobieństwo takiego zdarzenia ale się poddałem :)

wtorek, 31 stycznia 2012

Aż boję się coś napisać

bo znowu wyjdzie, że stać mnie tylko na złośliwe komentarze i podśmiewanie się z konkurencji. Niemniej czytam dzisiaj na gazeta.pl, że Google odciął kilka dużych polskich serwisów, które pozycję w Google zawdzięczają (w znaczącym stopniu) SWL. Mowa oczywiście głównie o porównywarkach cenowych typu Ceneo czy Nokaut. Nie zakładam, że będzie to zdarzenie, które docelowo w istotny sposób wpłynie na biznes tych przedsięwzięć ale oczywiście wykluczyć takiego scenariusza też zupełnie nie można. Ale płynie z tego też ważna lekcja. Biznes agencyjny nie ma najmniejszych szans by skokowo zwiększać przychody przy w miarę stabilnej bazie kosztowej (dźwignia !) - co ogranicza mocno potencjalne marże. Ale z drugiej strony jest to biznes stosunkowo bezpieczny. Stosunkowo bo nie ma szczepionki, która zabezpiecza przed utratą klienta lub ludzi. Niemniej wolę takie ryzyko niż świadomość, że mogę stracić przychody bo znajdę się w zasięgu radaru Larry'ego i Sergieja...

sobota, 21 stycznia 2012

Zaje-lajzer business tracking

Chciałbym jeszcze kilka lat popracować. Nie dość, że mam w firmie nadzwyczajnych ludzi co wpływa na zasadniczo unikalną atmosferę to wydaje mi się, że coś tam nam wspólnie, raz na jakiś czas, wychodzi. Ale przychodzą momenty zwątpienia.  Otóż wszystko wskazuje na to, że notowana od niedawna agencja social mediowa miała przez chwilę wycenę taką jak K2 (ok 36 mln zł). Agencja nazywa się Socializer. Od razu zastrzegę, że nie znam ich za dobrze. Jest o nich na pewno całkiem głośno i skutecznie wykorzystali fenomen szybko rosnącej popularności FB jako narzędzia marketingowego. Zakładam, że mają tyle klientów ile twierdzą (>100) co jest imponujące, klienci ci są z nich zadowoleni. Ba, nawet K2 z nimi współpracowała czyli wnoszę, że dobrze robią swoją robotę. No tak, niemniej miało być przecież o mojej frustracji. Jak ktoś w kilkanaście osób w kilkanaście miesięcy tworzy taką wartość jak K2 w ponad 300 osób w ponad 10 lat to wnioski nasuwają się same. Pora usunąć się w cień i oddać stery w młodsze, sprawniejsze i bardziej ambitne ręce. Taka wczoraj mnie napadła frustracja. Ale, że trudno się z taką myślą pogodzić to zacząłem dokładniej przyglądać się co ta firma mówi o sobie i skąd taka wycena. To najlepszy sposób na poradzenie sobie z dysonansem poznawczym. I dziś miałem napisać, że ta cała wycena to w mojej opinii kompletna lipa a oferta sprzedaży akcji to szukanie leszczy, że jeszcze w połowie zeszłego roku zaprzyjaźnieni inwestorzy (jak się domyślam) objęli akcje za gotówkę (za ok. 550 tyś zł) co wyceniło firmę na poziomie 3,6 mln, że agencje wyceniane są na świecie przy wskaźnikach typu 6-11 x EBITDA (oczywiście social media dzisiaj jest sexy także można oczekiwać pewnie górnego pułapu), że to jest jednak biznes o niewielkiej skalowalności i niedużej dźwigni operacyjnej (wzrost przychodów jest mocno związany ze wzrostem zatrudnienia) itp itd.
Ale poczułem się z tego obowiązku zwolniony. Przeczytałem w internecie co prezes tej firmy myśli o sobie, cytuję "Zajebisty prezes z dobrym business trackingiem (10 lat w ecommerce - nie tylko w Polsce) :) Jasne cele w każdym obszarze firmy. Doświadczeni dyrektorzy. Produkcja inhouse. Inwestycja we własne narzędzia do optymalizacji i trackingu kampanii. Relacje wewnętrzne i zewnętrzne na wysokim poziomie (jak zauważyłeś - przykład tej dyskusji, dodatkowo dopracowana komunikacja z pracownikami, jako nieliczna agencja mamy osobę od PR zewnętrznego i wewnętrznego na stałe) Transparentność. Ambicje na podbój świata ;) i wynik.... który z pewnością będzie rósł. Dodatkowo negocjuję bardzo dużą umowę z ogromną grupą mediową, którą ujawnię pewnie przed debiutem. Jeżeli się uda, to przychody w przyszłym roku urosną kilkukrotnie"
Nie wiem co prawda co to jest "business tracking" ale przyjmuje z pokora, że ta niewiedza to kolejny argument by na serio zainteresować się tym jak sobie radzi moje OFE.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Tablet ostatnią deską ratunku agencji reklamowej (takiej tradycyjnej)

Jedna z polskich, ostałych i czołowych agencji sieciowych doniosła, że się cytuję "zmieniła w agencję interaktywną". A jak to osiągnięto ? Wspomniana firma postawiła na otwartość i zdradziła najtajniejsze sekrety swojej przemiany. Otóż, cytuję dalej "Szefowie wszystkich działów (..) odbyli warsztaty prowadzone przez szwedzki instytut Hyper Island – wiodące w świecie centrum studiów interactive. Co tydzień odbywają się w agencji warsztaty wewnętrzne, tzw. Internetowe Piątki. (...) zainwestowało też w kilkadziesiąt służbowych smartfonów i tabletów."
I teraz myślę, że jest kilka możliwości. Pomylono daty i miało to pójść w Prima Aprilis. Umówmy się, jednak szansa, że akurat tak było nie jest za duża. Dopuszczam więc możliwość, że PR manager tejże firmy postanowił błysnąć samodzielnością. A że noc wcześniejszą trawiła go np. gorączka lub zwyczajny kac to z powodów natury fizjologicznej, które zwalniają prędkość przekazywania impulsów pomiędzy synapsami wyszło jak wyszło. Tak, w ten scenariusz również nie wierzę. To prowadzi nas to absolutnie szokującej konkluzji. Ten news powstał za wiedzą (a może i z inspiracji ?) szefów tejże agencji i jest zupełnie na serio.
Skoro jest to serio to nie pora na złośliwości i drobne przycinki i trzeba skomentować to w bardzo poważny sposób. Rozumiem wysoki poziom niepokoju kierunkiem zmian na rynku komunikacji marketingowej i doceniam determinację do zmiany. Mimo, że mowa o firmie konkurencyjnej to takiej z fajnymi tradycjami także życzę im jak najlepiej. Ale PR aby był skuteczny musi jednak być jakoś mocniej związany z rzeczywistością. A skoro tak zupełnie za darmo napiszę co koledzy chcieli przekazać: "Jesteśmy w czarnej d. Wszystko się zmienia a my nic z tego nie rozumiemy. POMOCY, HELP, HILFE !!!"

piątek, 6 stycznia 2012

Podsumowanie roku ... 2012

Przełom roku jest uzasadnioną okolicznością do różnego rodzaju podsumowań, analiz i prognoz. Z przykrością niekłamaną odnotowuję, że nikt z prasy mnie nie poprosił o moje refleksje a zapytano osoby, które nie dość, że znam to nie czuję się od nich przesadnie głupszy. Z tego powodu postanowiłem napisać własne podsumowanie roku 2011. A że jestem jednak leniuchem to od razu napisałem takie aby można było je wykorzystać w roku przyszłym (no może coś tam trzeba będzie jednak zmienić). Wszelkie podobieństwa do rocznych zestawień publikowanych tu i ówdzie jak najbardziej nieprzypadkowe i zamierzone - patrz zdanie wcześniejsze.
  
Wydarzenie:
  1. Wprowadzenie Google+
  2. Zygmunt Solorz-Żak przejmuje Polkomtela
  3. Zmiany w zarządzie Onet/strukturze kapitałowej TVN/ITI
  4. Szybkie zdystansowanie NK przez FB
  5. Szybko rosnący mobile
  6. Dynamiczny rozwój performance
  7. Display rośnie w siłę
  8. SEM utrzymuje silną dynamikę wzrostu
  9. Jeszcze więcej video on-line
Niespodzianka:
  1. Wprowadzenie Google+
  2. Zygmunt Solorz-Żak przejmuje Polkomtela
  3. Zmiany w zarządzie Onet/strukturze kapitałowej TVN/ITI
  4. Szybkie zdystansowanie NK przez FB
  5. Szybko/wolno rosnący mobile
  6. Dynamiczny rozwój/spadek dynamiki rozwoju performance
  7. Display rośnie w siłę/brak innowacji zmniejsza tempo rozwoju reklamy display
  8. SEM utrzymuje silną dynamikę wzrostu/SEM jednak nie wyprzedził display
  9. Jeszcze więcej video on-line/marketerzy nie rozumieją, że video on-line to nie spot TV w internecie
Rozczarowanie:
  1. Wprowadzenie Google+
  2. Zygmunt Solorz-Żak przejmuje Polkomtela
  3. Zmiany w zarządzie Onet/strukturze kapitałowej TVN/ITI  
  4. Szybkie zdystansowanie NK przez FB
  5. Wolno rosnący mobile
  6. Spadek dynamiki rozwoju performance
  7. Brak innowacji zmniejsza tempo rozwoju display
  8. SEM jednak nie wyprzedził reklamy display
  9. Marketerzy nie rozumieją, że video on-line to nie spot TV w internecie
Zaletą mojego podsumowania jest nie tylko uniwersalność ale także próba zmierzenia się ze złożoną rzeczywistością z pominięciem własnych mniejszych lub większych interesów, utrudniających życie lęków i pobożnych życzeń :)